Pokaż naszamucha.blogspot.com na większej mapie

czwartek, 2 września 2010

Ziemia Kłodzka, 20-22 lipca 2010


Ziemia Kłodzka, a tam.. kilka miejsc, które człowiek zaszczycił swoją niepowtarzalną obecnością. Byłam tam z równie niepowtarzalnym Karolem, strasznie go lubię. Więc wzięłąm go. A nie, to on mnie wziął. No właśnie, bo czasem mamy wiele wspólnego, na przykład podzielamy hobby wykorzystywania zaproszeń w ładne miejsca. Więc skoro ciocia Karola z Polanicy-Zdroju nas zaprosiła, to here we come.

A zatem niepostrzeżenie najbliższa stała nam się Polanica-Zdrój. Co prawda występują tam .. rzeczy, choć niewiele w porównaniu do innych miejsc, które zwiedziliśmy. Na szczęście żyliśmy w pół-niewiedzy dotyczącej prawdziwej Polanicy, ponieważ zostaliśmy otumanieni licznymi nalewkami wuja. Warto też wspomnieć największy sukces wyprawy, czyli zdobycie powozu!! Dzięki moim zdolnościom dyplomatycznym oraz chamskiemu tonowi, który podobno mam, pożyczyliśmy samochód od taty na cały weekend. Nie mówię "pół weekendu", albo "PRAWIE cały weekend". CAŁY WEEKEND jak w mordę strzelił.

I tak były:

POLANICA ZDRÓJ

Główną atrakcją Polanicy-Zdroju jest remont parku. (Nie) występuje tam wiele atrakcji, które (nie) można oglądać z (bez) podziwem. Na przykład wielki napis z kwiatów POLANICA ZDRÓJ (brak), czy też wielkie kamienne szachy (brak). Ale nie wrzucam pani Polanicy, tak? Jest pijalnia wód, rzeka i fontanienki. Jedna fontanna śpiewa na wieczór, miło jest nań popatrzeć. Pięknie też jest zajść do baru, których moc, na potrzeby sanatorium. Nie od dziś wiadomo, co jest najlepszym lekiem na wszystkie dolegliwości.

KUDOWA ZDRÓJ

Uzdrowisko jak uzdrowisko, jest park, pijalnia, sklepy z pamiątkami i fontanny. Kudowa jest sporym miastem, na pewno sporszym niż Polanica. Ma swoje niepowtarzalne obiekty: palmy, w parku stoją instrumenty (nie grają), a gdy zajdziesz dalej, masz Kaplicę Czaszek. Zdjęć robić nie można, ktoś miał łeb do interesów. Jest to ciekawy obiekt, nie co dzień widzi się 20 tys. szczątków (zazwyczaj), ale jest zrobione jako muzeum albo wystawa, patosu brak, choć jego potrzeba piszczy. Nie znoszę patosu, ale jego odrobina jest potrzebna dla zdrowia. Zakonnica prawdę ci powie, czyli zależność między wielkością czaszki a tym, że jesteś żoną sołtysa.

BŁĘDNE SKAŁY

Owe są hitem w Narodowym Parku Gór Stołowych. I nawet nie wjechaliśmy samochodem pod sam park (duma). Co z tego, że dlatego, że nie mogliśmy trafić. Warto zajść. Skały jak skały, w sumie dziwnie się nimi zachwycać, ale można (jak ktoś lubi i ma czas). Ale nie powiem, zdjęcia wychodzą przespoko. I widoki są piękne. Warto, no.

KŁODZKO

To jako taka stolica tego regionu. Wg mnie jest to miasto imponujące. Dwie twierdze (lecz wstęp płatny najdrożej na świecie). Ale czego się nie robi dla Kłodzka? Lub też dla Grenady (erudyta) gdzie każdemu szkoda, ale każdy płaci te 20 euro, żeby wejść na Alhambrę. Twierdza jest git, z niej widać miasto, a te cieszy oczęta. Ryneczek też piękniutki i jest też most gotycki, nigdy nie powiem, że brzydki. A mamunia mówi, że to na wzór Mostu Karola z Pragi (ale nikt jej nie wierzy).

WAMBIERZYCE

Czyli Częstochowa Dolnego Śląska. Niechno przeczytam co na wikipedii. Ona jest taka mądra. Piszą "Śląskie Jeruzalem", no no. "Powstanie w tym miejscu sanktuarium maryjnego związane jest z XII. wiecznym przekazem jakoby niewidomy Jan z Ratna w tym miejscu odzyskał wzrok, a jego oczom miała ukazać się postać Matki Bożej." Zawsze uwielbiam nacisk na "jakoby". No dobrze, więc byliśmy tam, mamy też breloczek (priorytet życia mego i jego teraz już). Bazylika jest oryginalna, jej schody chyba wpadną w pamięć. Drugą atrakcyją jest Droga Krzyżowa, długa, wysoka i po schodach, a tam więcej stacji niż ustawa przewiduje, ale jest, że tak się wyrażę, jazda. Przeszliśmy, więc jesteśmy już fajniejszy niż byliśmy. Z góry też widok niezgorszy.

I taki byłby całokształt tej wycieszuni, polecam te miejsca, są bardzo urokliwe, choć najpiękniejszy w mym mniemaniu pozostaje Lublin. Jadąc samochodem, wysiadalismy też czasem z niego, aby zajrzeć na miasteczka po drodze. Lewin Kłodzki, Radków.. takie takie. Ziemia Kłodzka jest strasznie spoko.

bez mapy ani rusz
ani bez tego
Zwiedzanie po Amerykańsku
Szukamy drogi
I jak się tu zmieścić?
Takie góry. Nie inne lecz takie
Ze szczytu Wambierzyc
Dom cioci
Zabawy z tęczą
Trawka w Polanicy
Za karę
Big stars

czwartek, 12 sierpnia 2010

Lębork, 1-3 sierpnia 2010


Wiem wszystko o Lęborku. Znam go tak dobrze, że sama mogłabym z wielką prezcyzją stworzyć drugi Lębork w Jastrzębiu. Można zrobić.. jak ktoś lubi i ma czas.

Odwiedziłam w Lęborku zaznajomioną rodzinę Sierzputowskich z winy Izy tego samego rodu, która jest dziewczyną mego brata, ale niech imię jego nie zabrzmi, bo po co? Wszak nie było go, hihi (diabelski śmiech, a nie od dziś wiadomo, że mam diabła w rodzinie i to nie jest nim Maciej). Iza ugościła mnie najpiękniej. Dobrze jest być gościem.. to moje nowe hobby. Strzeżcie się przyjaciele zamieszkujący w ładnych miastach, albowiem gotowam Was wykorzystać bez skrupułów i tym razem Iza stanęła na lini strzału, nie można więc powiedzieć o niej, że kule się jej nie imają, jako to się zwykło mawiać o Washingtonie. Hm, naprawdę niezmiernie mi przykro, że nie macie historii USA w małym palcu.

Iza nie tylko pokazała mi Lębork wraz z jej bratem najszanownym Cezarym, acz wzięli mnie też do Łeby, gdzie w końcu zobaczył człowiek ruchome wydmy. Nigdy nie rozumiałam ich fenomenu, książki do geografii nie są tak fajne jak Iza. A wyprawa to była niełatwa, zmókł każden z nas tak, że nie mogłam z nami samymi wytrzymać. Bo z łeby do wydem to nie takie hop-siup ni kiełbie we łbie, trzeba dostać się, w deszczu da się też. Wszystko się da. Nie da się tylko pisać formy "da się", bo jest niepoprawna.

I&C pragnęli przekazać mi każdą wiedzę o ich mieście rodzinnym i, jak to w każdym rodzaju nauki występuje, los zadbał też o program ukryty, bo niepostrzeżenie przekazali mi zamiłowanie tymże miastem i nigdy nie powiem, że jest brzydkie albo głupie. Lębork ma swoją ulicę reprezentacyjną, a zwała się ona.. hm.. no właśnie, powiem, że Staromiejska, ale jeśli nie, to mój przewodnik ma prawo mnie oczernić publicznie. Na tej światłej uliczce są wszystkie rzeczy, których cywilizowany człowiek potrzebuje, a mianowicie bary. Nawet udaliśmy się do jednego onego w celu consumismo. Jak jednak upodlenie padły nasze oczekiwania w gruzach, gdy super-hiper-mega-alternatywny bar "Jedynka" zamienił się w.. zamienił się w.. ww.. . ww.. (ciężko o tym mówić).. "Stella Cafe". Ale nie to było najgorsze! Wyobraź sobie człowieku, że było to gniazdo kobiet!!! Przy barze: kobieta, kelnerka: kobieta, sprzątaczka: kobieta i nie wiem co jeszcze: kobieta. Jeszcze nikt nigdy mnie tak nie poniżył.

Wracając do Lęborka, pragnę zauważyć, że poza tym, że wiele się dzieje na Staromiejskiej a mama Izy TAK gotuje!!! BOŻE JAK ONA GOTUJE!!!! Równie godną uwagi atrakcją jest Lęborska Droga Świętego Jakuba, to ci heca, fiu fiu. Ta sama, którą niegdyś ongiś przeszłam z dziewczynkami, zaczynając jednak nieco bliżej celu. Lębork, prawdę mówiąc, jest bardziej przesiąknięty świętym Jakubem niż ja. Sanktuarium, muszle, relikwie, pieczątki .. takie takie. Nie wspomnę też, jak można kupić laskę swiętego Jakuba w piekarni, ale akurat zabrakło. Ale za to walczyłam w klatce o pieczątkę, tę zyskałam! Powiem też, że w Lęborku zaklęta jest dusza (że tak się wyrażę), prawa miejskie ma od pięciu miliardów stu osiemnastu lat i ma takie stare budyneczki i mówi mi Iza, to jest młyn, a to cośtam (bardzo treściwe słowo), można się cofnąć w czasie, jak ktoś lubi i ma czas. Są też dla mnie czymś wyjątkowym budynki poniemieckie, na których nie znam się oczywiście, bo moja jedyna wiedza o Niemcach sprowadza się do niewiedzy. Jest też ratusz, gdzie (nie wspomnę może tego, jak) burmistrzem jest wcale-nie-tak-obca mi osoba, dasz człeku wiarę?

I jeszcze (nie) wspomnę o Łebie słów kilka. Jedno. Łeba, gdzie zawsze pada. Zawsze gdy jestem w Łebie, to pada (raz). Zmókł każdy, ale odmókł przy grzańcu. Wydmy są... zboko. Duże i żółte, warto skoczyć z nich i wykąpać się w morzu, co uczyniłam bez dwóch zdań (a oni, nie wiem czemu, siedzieli w kurtkach). Nie zabrakło też bułek z kurczakiem i majonezem, lodów kręconych i płatnego wejścia do Parku Narodowego.

To był piękny wypad, lubię takie. W podzięce rodzinie Sierzputowskich dałabym im chleba z masłem, alem go zjadła.'

Z cyklu: obiekty ciekawe: TOROBUS
Zachęcający dworzec Łeby
Rowerowo do Łeby
Jezioro Słowińskie i mój zachwyt nim
Prawdziwa atrakcja turystyczna
Nie ma to jak pustynia
Relaks się należy
HOP
Taki lampek chcę
dobre klimaty lęborckie
Osławione LO1
Lębork nocą
Rodzinnie
Dwa gołębie..
Tu było... zboko
Staromiejska za dnia
Apteka przy browarze
Dzieła Izy
Dzieła Izy dwa

wtorek, 10 sierpnia 2010

Porto, 2-4 lipca 2010


Generalnie (bo to modne dość ostatnio słowo) widziałam Porto z myślą, że to najpiękniejsze miasto świata, a już na pewno najpiękniejsze, jakie niejedna osoba w życiu widziała. Ale strach o życie odejmuje uroku miastom, to samo spotkało mnie w Łodzi. Szczęśliwie, całam i zdrowam.

Czy już? Każdy mnie zabił za W OGÓLE wymienienie nazwy miasta Łodzi w poście o tak cudownym i wspaniałym miejscu, jakim jest Porto??

Ej (też modne powiedzenie), nie powiem, Porto jest tak piękne, że... tak piękne, że.. że myślałam, że umrę. Bo co miałam zrobić, widząc tak piękne miasto?? Na szczęscie nie byłam sama i nie umarłam. Ja, Ewa i Magda (doprawdy, nigdy nie zdarza się to trio) rozpoczęłyśmy Camino de Santiago z Porto, miasta w Portugalii. Supercena biletu z Madrytu - 2 euro, codziennie oprócz poniedziałków i hej ho hej ho, do Porto (a raczej z Porto) by się szło.

Zwiedzałyśmy pięknie Porto przez dni sztuk dwie. Poznałyśmy wtedy niewielu kumpli w porównaniu do Camino. Ale nie dziwi mnie to, na miejscu tubylców też bałabym się zagadać do tak oszałamiających blondynek. Niemniej, powodzenie nasze sięgnęło zenitu, wystarczy mieć białą skórę, a oni myślą, że jesteśmy fajne, mądre i wyluzowane. Dlatego człowiek lubi jeździć do Hiszpanii i tych innych. Gdy tylko wraca do Polski, znowu myślą, że jesteśmy chamskie, głupie i wredne. Już sama się dawno pogubiłam i nie wiem kim jestem, niczym Tarzan w bajce "dzieciństwo".

Byłyśmy w najfajniejszym hostelu na świecie, a zwał się on "Black and White Hostel", polcecam bardzo, nie brakuje w nim nic, acz nieco daleko jest od centrum. My jednak dałyśmy rade na pieszo dać i do centrum i na plażę. Śniadanie nam dali i nawet jest patio, które służy na rozmowy wieczorne.

Porto ukazuje sobą wiele twarzy, ma twarz morską, rzeczną, portową, staromiejską, nowomiejską, kafelkową, przemysłową, nocną.. brudną, niebezpieczną i obleśną. i BARDZO mi przykro, nigdy tego nie chciałam, ale nie mogę się wyzbyć z pamięci strony niebezpiecznej i obleśnej. Wiadomo, że każde miasto ma takie miejsca, ale ,ekhm, żadne miasto, które widziałam nie ma AŻ TAKICH miejsc (no chyba, że Łódź). Prawda jeste taka, że nawet nie chcę wchodzić w szczegóły... to może przejdę to twarzy staromiejskiej. Zaraz po obleśniej to ta najbardziej się rzuca w oczy. No dobrze, kamienice w Porto są conajmniej charakterystyczne. Bardzo stare, trochę zaniedbane, mają swój urok, a poza urokiem mają też czerwone dachy, które pięknie prezentują się z góry. Z całym szczęściem, można wszystko zobaczyć z góry, wieży, torre. Na budynkach są charakterystyczne (może słowo to zastąpię skrótem "c") kafelki, więc w Porto można się poczuć jak w wielkiej łazience. A jeśli ktoś ma w łazience łańcuchy choinkowe to w ogóle.

Przez centrum płynie rzeka a ta wpada nieopodal do oceanu, więc pewna doza jazdy jest czymś, co pewnie ma szansę wystąpić. Są więc mewy i glony. Wieje bryza, a szanty się same śpiewają.

I występuje moc obiektów, które nie zawsze da się w pełni zidentyfikować z daleka, na przykład dwa lwy i pół człowieka, które mogło uchodzić też za 2 ludzi i pół lwa. Nie wspomnę, jak ujrzałyśmy pomnik ludzi, którzy umarli ze śmiechu, a tam wolne 2 miejsce, na pewno dla nas. Nie omieszkałyśmy wstąpić. Albo Beatlesi na balkonie, a to ci.

Po tym całym Porto wypadało ruszyć, choć już wydawało się, że Camino ma nigdy nie nadejść. Nie wspomnę, jak pierwszy ułamek odcinka camino przejechałyśmy metrem, ale tak zalecał każdy na blogu na internecie. Warto zaufać internetowi.

Porto. Jak najbardziej. Wstąpcie.

Serducha
Budynki bywały też piękne
Kumple z parku
Kup schabowego
Nasz kumpel z Bangladeszu
Katedra wśród brudu i szlamu, 2
turistic tur
Przepraaaszam... BARDZO
Zakup ping-ponga, czyli śpiwora
let feria begin!!!
Rilaks

poniedziałek, 26 lipca 2010

Camino Portugues, 1-20 lipca 2010


Camino de Santiago. Camino.. . O CAMINO!! Podróż życia. Nie wiem czy trafie do nieba, mimo, że odpuszczono nam wszystkie grzechy z nadaniem certyfikatu po łacinie, ale warto było. Człowiek poznał siebie i poczuł, że żyje. Docenił smak wody i miękkość poduszki. Przysięgam, że to koniec patosu, sama nie chcę go nadużywać, w końcu boję się go jak ognia.

Santiago de Compostela, to miasto w Hiszpanii w Galicji. Trzeci największy cel pielgrzymek na świecie, przed nim tylko Jerozolima i Rzym. W Katedrze w Santiago jest pochowany Św. Jakub, czyli Santiago. A dróg jest wiele. Camino Frances, Camino del Norte od Pirenejów, Via de la Plata z Sevilli, Camino Portugues to te najpopularniejsze. Nie wspomnę też o dziesiątkach innych tras, np. Lęborskiej, nie wspomnę, choć żywię ku temu miastu wielką emocję. My wybrałyśmy Camino Portugues. Można go zacząć z któregokolwiek miasta na trasie, my z Porto. Porto odbędzie sie na blogu, bo jest warte uwagi, wcześniej też zahaczył o Madryt, i na koniec też, gdzie zwiedził najważniejszą atrakcję miasta, jakim jest espektakularny bar tapas "Tigre".

Każdego dnia działa sie moc wydarzeń, a zapiski odbywały się w formie słowa-klucze, bo kluczem do sukcesu są słowa klucze. Tylko my jesteśmy zdolne do rozszyfrowania ich, bo, ajm sory, ale kto zrozumie zapis z 5 lipca "Daddy is behind", albo "kogut kolorowy"??

No to wyrusza on ("on" to "my", a "my" to Ja, Magda i Ewa, bardzo dziwne, że jestem gdzieś z menem) z Porto, jednak przejeżdza pierwsze kilometry metrem, coby na trasę trafić. Kieruje się strzałkami, a strach wcześniejszy związany z brakiem mapy okazał się conajmniej niepotrzebny, strzałki pięknie wskazują trasę. "Warto zaufać kamieniom" itede. A propos strzałek, Portugalia jest mistrzem w oznaczeniach, każda strzałka równa i piękna i dużo, Hiszpania za to.. nie wrzucam im, ALE! są brzydsze, nierówne, różnokolorowe, pokreślone, a czasem w ogóle ich nie ma. Są za to kamienie, ale rzadziej, a jedyny plus ich to taki, że wskazują liczbę kilometrów do Santiago.

A i przede wszystkim!! Bo każdy pyta, no bo zapominam dodać, tak to oczywiste dla mnie i niewiadome dla każdego. NIE IDZIE SIE W GRUPIE!! Można. Ale raczej indywidualnie sie wybiera. Un samopas total. W przewodnikach są sugerowane przystanki i finansowane schroniska, ale przecież wcale nie trzeba się w nich zatrzymywać. Namiot też człowiek. A my - w schroniskach. Na początku trasy dostałyśmy Credencial, do którego zbierałyśmy sellos od iście różnych osobowości.

Idzie on i idzie, widoki jakie mija są... oj, Boże, nie wiem, co, mam wiersz napisać może?? NIE! Nie chcę opisywać widoków, nie potrafię!! Były tak piękne, że nie mogłam z nimi wytrzymać. Lasy, skały, mosty, wioski z kamienia, rzeki, pola uprawne.. DOŚĆ!!

Poznał on masę ludzi, niektórych spotykało się na drodze co jakis czas, ale największa integracja była w schroniskach, gdzie była szansa spotkać tych samych ludzi drugi albo trzeci raz. A jeśli ktos robi sobie dni przerwy (jak my, razy 2), musi sie liczyć z gubieniem znajomych, bo oni idą dalej. I tak poznałyśmy dwie panie z Rudy Śląskiej na przykład, z polakiem to zawsze raźniej. Raz tylko spędził on czas z równieśnikami, bo tak to średnia wieku naszych kumpli to 40. A wieczór z równieśnikami polegał na grze w kości, graniu na gitarze. Nie wspomnę, bo wstyd, jak prosili, abyśmy zaśpiewały coś po polsku, a my na to "Whiskey" i piosenkę z Pocahontas. Przygrywała na gitarze dziewczynka z Argentyny o ksywie Argentyna. Była tak piękna, że nie mogłam z nią wytrzymać. Spotkałyśmy ją kilka razy, więc zyskała miano kumpeli, po czym zgubił ją w połowie camino.

Inną ważną osobowościa był Hikiki, zwany też Hikaku albo Hekou, z Finlandii człowiek. Weteran wędrowczy, dziennie robił 50 km, a szedł z Lizbony. Nieraz się zaśmiałyśmy z jego żartu, bardzo wesoły chłopak, kupił pistacje i częstował wszyskich. I co najważniejsze, uczestniczył w przygodzie z psem, o której zaraz. I gdy zobaczył, jak dochodzimy do schroniska po 30 km męki w upale, dalej niż wszyscy inni, nazwał nas "tough girls", co z jego ust brzmiało, jakby nam dawał właśnie kupon na milion dolarów.

Inny kumpel - z Belgii na imię miał Dominik, a potem, lecz w Polsce już, zyskał ksywę Palca Bożego, bo taką funkcje pełnił. Poznałyśmy go wcześnie i często pojawiał sie na naszej drodze, i był najmilszym człowiekiem na świecie. A jego najlepszą cechą było to, że pojawiał się zawsze gdy czułyśmy się zagubione i nie wiedziałyśmy co robić albo gdzie iść. Swój numer popisowy uczynił właśnie w Santiago, gdy my, wchodzimy na plac, gdzie umieramy ze szczęścia i zmęczenia, po czym nic nie wiemy i wita nas on, który cieszy się, że dotarłyśmy, jakoby był naszym ojcem, lub wujem, drze sie do nas "Brawo!" i tłumaczy nam, co robić, gdzie iść, i czego szukać teraz. Jak go spotkam kiedyś to ozłocę go, lub też wybuduję mu dom.

Odbyła się też rodzina hiszpańska, którzy z zaangażowaniem 300 %-owym chcieli przedstawić nam fenomen kultury Hiszpanii i historię tegoż kraju. Syn nazywał się natomiast Santiago, wyglądał jak ostry metal i wypytywał nas o ekonomię Polski. Coś powymyślałyśmy.

A na koniec zostawiam historię naszego najlepszego kumpla. PRZYSIĘGAM! Nie jest zboczeńcem, choć tak wygląda. I to nie nasza wina, że to własnie on stał się naszym najlepszym kumplem. Przyjaciół z pielgrzymki się nie wybiera. Manuel, pierwsze spotkanie z nim miało miejsce w dniu 8, kiedy to w schronisku nie działał gaz w kuchence, to wołamy go, bo, nie da się ukryć, jest mężczyzną i może potrafi go podłączyć. On, prawdziwy mężczyzna w sile wieku, z Andaluzji z ani jednym siwym włosem, bierze sprawy w swoje ręcę i wyciąga pięć wielkich butli z gazem na podłogę w celu naprawić je, po czym mówi: "chyba nic z tego". I wnet, z cyklu logiczne następstwo wydarzeń, gada do nas. Tłumaczy swoją filozofię i poglądy. "Jestem ateistą. Ale modlę się za żonę... na wszelki wypadek", "to jasne czemu idę na Camino. Bo jest rok święty, więc jest odpust zupełny.. ale jestem ateistą". Opowiadał też wiele o żonie, córce i jak nie lubi jej chłopaka. "Cóż on może wnieść do jej życia, skoro nie ma kasy?" Ujrzałyśmy w nim szatana, gdy chciał zagarnąć nasze torby do samochodu, całkowicie darmowo, żeby ich nie dźwigać. Tak chciał nas poderwać cwaniaczek. Odmówiłyśmy, a jakże. Chciał nam udowodnić, że nie znamy kultury i kuchni hiszpańskiej, uznał, że musi nas wziąść na obiad, jeśli przypadkiem spotka nas w Santiago, po czym... spotyka nas. Widzimy go za szybą, siedząc w knajpie i walimy do niego, w końcu nie co dzień zdarza się darmowy obiad. Czem prędzej umówił się człowiek z Manuelem na godzinę 14 na schodach pod katedrą. Tak oto zamiała miejsce czteroosobowa randka. Manuel zapewniał nieustanny wykład o swoim życiu, a na stole homar i inne kraby, to były czasy, człowiek zakosztował burżujstwa, całym szczęściem nie musiał płacić, w końcu to randka.

Historia z psem. Wcale nie najmniej ważna. Może obrazkiem, bo wierszem, jak wiadomo, to nie...






i zdarzyło nam się to już pierwszego dnia, a to był dopiero początek.

Nie ukryję tego. Trzeba było maszerować. Wymaszerowałyśmy tego 230 kilometrów conajmniej. Czasem się nadrabiało, bo człowiek nie zauważył strzałki. Niektórzy reagowali na pomyłki nieco nerwowo, jak dziś pamiętam pewnego Włocha, lat 100, który odnalazłszy w końcu muszlę, zaczął walić w nią kijami. Zgubiłyśmy strzałki może z 3 razy, ale nigdy nie waliłyśmy w nią kijami. Wtedy.. orientuje się człowiek, że już dawno nie było znaku. Zachowujemy zimną krew i najlepiej robić głupią minę, to podbiegnie zaraz tubylec i naprowadzi na właściwą drogę.

Tubylcy to dość pożyteczne stworzenia. Wiedzą wszystko a nawet więcej.

Marsz. Bywał ciężki. Lekki też. Plecak waży swoje, lecz potem stał się takim powodem do dumy, zwłaszcza po spotkaniu dwóch szatanów proponujących przewóz, że ciężko było się z nim rozstać. Po dzień dzisiejszy wstaje czasem sobie w nocy i po kryjomu chadzam z plecakiem po klatce schodowej. Noszenie domu na plecach to dobre doświadczenie, wszak - nie złe. Dobrze jest mieć pasek do zapięcia na brzuchu, nigdy nie uwierzyłabym, że to tak pomaga. Generalnie to pozdro dla Ewy i jej Marchewy (rym ha!), trzeba mieć jaja, by donieść taki plecak. A rzeczy miałyśmy minus zero. Minimum w pełnej okazałości. bluzki - 3, mydło - brak, jedzenia - 0 gramów. I jakoś poszło.

Albo buty, ot temat! Nie ufaj sandałom! Miałam je i może przeszłam w nich ze 3 dni marszu, ale, nie wchodząc w szczegóły specjalistyczne, których nie znam, sandały nie ułatwiają. Buty trekkingowe, za to, tak. Te sprawiają, że ziemia jest jak sprężyna i odbijasz się od powierzchni. Nie skręcisz kostki, nie ślizgasz się w błocie.. same zalety. Nie wrzucam im, ALE!! Gdy dopadnie Cię odcisk... nie zaznasz już nigdy spokoju ducha. Wtedy zakładałam sandały ponownie. Ale większość bardziej wartałoby przejść w butach wielkich, ja, piechur, mówię.

Ciężki plecak.. buty.. zostaje jeszcze trzeci wróg pielgrzyma - upał. Dzień 2, kilometrów 100 (28), stopni 100 (30). Za późno wyruszyłyśmy, taki błąd nasz. Ale żeby tak zostać ukaranynm! BOŻE MÓJ BOŻE! CZEMUŚ MNIE OPUŚCIŁ?? Doszłyśmy do Porteli na 16.00 w największych męczarniach mego życia. Upał zawsze kochałam. Do wtedy. Zawsze myślałam, że dojść to kwestia psychiki. Do wtedy. Już prawie osłabł, ledwo widzi i rozumuje i w końcu drogowskaz!! ALBERGUE!! Victoria. On (my) ożywiony na 3 sekundy, idzie dalej.. i nie ma.. i nie ma. Może za tym zakrętem.. to może za tym.. za tym?? Może przegapiłyśmy? Chyba nie. No to dalej, bo na środku drogi spać nie będzie. Gdy doszłyśmy (doczołgałyśmy się) spotkała nas taka miłość i pomocna dłoń w schronisku, że kolejny raz dopisuję kilku ludzi do listy osób, które mam ozłocić. W tym albergue było naprawdę jak w rodzinie. A nawet w rodzinie mnie tak nie kochają (mamo, żart, dobra, słaby). Działali tam wolontariusze, ludzi mało, atmosfera kameralna, Argentyna grała na gitarce, klimat - yes.

Im bliżej Santiago, tym alberga większe, więcej zasad i mniejsza integracja. W samym Santiago porównywalnie do zwykłego hostelu. Jeśli była kuchnia, to dobrze. Jeśli działająca, cudownie. I gotowałyśmy. Gotowałyśmy co się dało i w czym się dało. Brak sprzętu w kuchni nie jest mi straszny. Mogę zrobić świniaka w brzoskwiniach używając tylko widelca. Innym wyzwaniem był prysznic. Ubikacja była na szczęście wszędzie bez żadnych problemów. Ale prysznic.. był niekiedy powodem poważnego tzw choque cultural, kiedy to hiszpański styl życia kolidował z naszymi przyzwyczajeniami. Wspólny prysznic, dogłębne poznanie wszystkich towarzyszek to ważny element hiszpańskiej kultury, ale są dwie rzeczy, z których w hiszpanii zaakceptować i nauczyć się nie chcę. Jest to subjuntivo i wspólny prysznic. Amen. Na szczęście zdarzył się tylko z 3 razy.

Po dojściu do albergue, regenerował chwilę siły. Wtem, ruszał na miasto. A raczej miasta. Te bywały piękne. Bywały tylko piękne.

Tui
Miasto graniczne w Hiszpanii, obok niego za rzeką widać było portugalską Valenzę, a tam.. inne ceny, inna godzina, inny język. Jedyne co łączyło te dwa miejsca to most graniczny, piękny, wielki i imponujący. Samo Tui, małe miasteczko, mi się szczególnie podobało, choć jego opis będzie podobny do każdego naspnego miasta: kamienne kamienice (masło maślane), wąskie uliczki, katedra, place i fontanny.

Pontevedra
Stolica Camino Portugues. Jedno z większych miast na drodze. Urocze (z cyklu: wyszukane epitety). Dobry był kościół z podłogą o kształcie muszli

O Porrińo
Zwane też Miastem z Jazdą, a raczej żadne inne miasto nie dorównuje mu w jazdowności. Wchodzimy a tam malowidła na domach, muzyka z głośników (niejeden rodziaj muzyki i z niejednego głośnika) i miałyśmy też szczęściem, bo był jakiś festyn. Jazdowność przypieczętowała wyuzdana pani na placu zabaw.

Vigo
Czyli tam, gdzie miał być Erasmus, ale nie ma, bo Uniwersytet uważa, że nie jestem wystarczająco inteligjentna aby przebywać za granicą. Największe miasto w Galicji hiszpańskiej, dobra metropolia, duży port i dużo ludzi. Można wejść na Vigo i patrzeć na nie z góry, co stanowi największą atrakcję. W Vigo byłyśmy podczas zboczenia z trasy, osiągnął człowiek sukces w zwiedzaniu, ale chyba tylko dzięki przewodnikowi z Brazylii napotkanemu przez przypadek.

Fisterra
Po hiszpańsku - Finisterra, po polsku - Koniec Świata. Prawdziwy koniec świata. Pojechałyśmy tam dnia ostatniego. W ramach końca świata, rozładował mi się telefon, a jakże. Nie mogłam wysłać "pozdro z końca świata". Na koniec świata nie wystarczy dojechać, co i tak nie jest proste, bo trwa 3 godziny i kosztuje 11 euro w jedną stronę, tym trudniej z gubiącymi się dowodami osobistymi i portfelami, oj tam, nie wnikajmy, wszystko skończyło się dobrze. Ale nawet wtedy, konieć świata sam do Ciebie nie przyjdzie, trzeba przyjść doń samemu, odnaleźć go wśród miejsc, które nie są końcem świata. W końcu (świata) odnalazłyśmy Koniec Świata, ostatni krzyż Europy, ostatnią latarnię Europy, ostatnią skarpę Europy. Schodzi człek do niej, schodzi, a ta.. zajęta. Kto by pomyślał, że nawet na końcu świata są tłumy. Usiadł więc na przedostatniej skarpie, ciesząc się życiem i chwilą.

Nie umiem wyliczyć wszystkich miejsc które były piękne. Było kilka innych wspaniałych miasteczek, wiosek, mostów, a każda rzecz miała w sobie coś niepowtarzalnego. Rates, Barcelos, Ponte de Lima, Valenza, La Guardia, Padrón...

Z ciekawostek, w ogrodach przed domami w Galicji, są obecne obiekty, które wyglądają jak wszystko tylko nie spiżarnia. Zgadywałyśmy, że może być to: grobowiec, kaplica, kurnik.. ale nie spiżarnia. A jednak. A po drodze masa winnic. I pola kukurydzy. I cytryny i kiwi. Mija się owce i krowy. I.. hiszpanów.

Miałyśmy okazję uczestniczyć w wydarzeniu że łoo (z cyklu: niewyszukane epitety). Mecz o Puchar Świata. No gdzie mogłyśmy wtedy być? No jaha, że w barze. Korzystając z przywileju i darmowych kuponów na piwo, oglądałyśmy z nie mniejszą emocją niż tambylcy mecz Hiszpania/Holandia. Do czasu, gdy ktoś się nas zapytał wprost, czy jesteśmy Holenderkami. Nikt nigdy mnie tak nie upokorzył. Wydawało się niemożliwe że Hiszpania mogłaby przegrać. A gdy wygrała... Hałas zaczął wydobywać się ze wszystkiego, co może narobić hałas. Motory, petardy, trąby, okrzyki. A my w schronisku próbujemy spać. Venga! Tio! Calmate! Soy peregrino, necesito dormir! Me despierto a las 4!!

W końcu dochodzi do Santiago de Compostela, ale to nie ono jest ważne, tylko samo Camino. Santiago jest piękne, nasze albergue było w zadbanej dzielnicy mieszkaniowej. Stare Miasto nie ma sobie równych, a Katedra jest .. ona jest... ona jest... fajna. I koncerty grają, nawet ostrometalowe. Największe tłumy lgną do grobu św. Jakuba. A tam, On, i można go przytulić, jak Boga kocham, nawet nie można, acz trzeba.

I jak mogłabym nie napisać nic o naszym najlepszym hobby - jedzeniu. Żywił się człowiek.. dobrze. Stałym zestawem pielgrzyma była bułka, pomidor i chorizo. Wyliczam dalej: Tortilla, ośmiornica, mniejsze lub większe bocadillos, Kalamary i zorza, churros, homary, i kraby i at last paella.

I oczywiście lek na dobry sen...

I kończąc już wywody, choć wiele zostało niepowiedziane, Camino to podróż niezwykła. Można zobaczyć miejsca, których nigdy by się nie zobaczyło, poznać ludzi, któych nigdy by się nie poznało. Życzliwości dobroduszność na każdym kroku i przygoda!! Oto co jest ważne. Nie wspomnę już w ogóle o tak przyziemnej zalecie camino, jaką jest kasa. Nie ma tańszego sposobu zwiedzania hiszpanii. A gdy na drodze spotka się jeszcze Manuela, który stawia obiady, to już w ogóle. Dodam jeszcze, że wspaniale było podróżować z dziewczynkami, Kocham je, ale nie napiszę tego tutaj, bo to obciachowe. Tak więc, żegnajcie i do następnego posta!

Drogowskazy bywały różne
Znaki też
Kolejny wzór
Codzienny rytuał
Pranie musi być
I suszenie tym bardziej
Schronisko darmowe, jeśli tylko chcesz...
Set off at 5:00
Due szandysz misztysz
Wpis do księgi
Religia na każdym kroku
Wspólne zdjęcie 1, 2, 3,
Wbrew pozorom, umiera ze śmiechu
Symbol Portugalii
Pomnik ojca, dla wtajemniczonych: Wawa
Humor bywał.. dobry
Góry
Urok kamienia
Postój nad rzeką
Patrzcie ten widok!
Pomnik wesela w Ponte de Lima
Zdjęcie turystyczne
Zamiast różańca, zostawia się kamień
Ja na zdjęciu
Ja na zdjęciu drugim już
Ofiara Camino
Zdjęcie turystyczne 2
Artystycznie
Samotny wędkarz
Waga muszli
Waga muszli 2
Puente neardental
Grubi atakują
de fruta madre
Pod górę
Znajdź przekleństwo
Znajdź przekleństwo 2
Można też rowerem (albo na koniu)
Magda w polu
Buen Camino
Na trasie
W Muzeum Camino w Santiago
Turystyczne zdjęcie na plaży Vilagarcia
Zostaw buty na Końcu Świata

środa, 19 maja 2010

Londyn, 5-7 maja 2010


Ale ale! Londyn był też wcześniej, jak Boga kocham. w okolicach lipca 2008 i stycznia 2009. Właśnie przeżywam przeogromnie poszukiwania zdjęć z tych okresów, aby to poczynic trzeba niestety wskrzesić do działania brata mego Macieja, znanego w kręgach, co nie jest łatwe, ale jak zabłaga sie dobrze, to Maciej też działa. Zdjęcia może będą. W każdym bądź, w 2008 zabłądziłam do Londynu w celu turystyka, potem też i potem też.

Pierwszą razą: Towarzyszami Aneta, Michał, Marta i ex każdego (heh, nie mój. PRZYSIĘGAM!) - Cris. Dzień cały, transport - pociąg, wszędzie metrem, zwiedził: To co ważne, czyli Big Ben, Fleet Street i te inne plus Muzeum Nauki, Tisooo (kiedyś sprawdzę, jak się pisze) i bufet chiński. W sumie to bufet chiński był za każdym razem, i to nawet inny, pamiętam nawet ile kosztował (4 funty, taniej bo to lunch był). Pogoda była piękna, sukieniunie założyłam nawet, czarną taką. I łazili łazili, aż wrócili i do pracy znów.

Druga razą: Aneta, Michał (bardzo dziwne), kuzyneczka inna Sylwia i jej chłopak, prawdziwy latynos, Gustavo mu na imię. Zimniej nieco dawało, ale nie padało przynajmniej. Museum of London sie widziało, Tamizę nocą też. I chińczyk, ale 8 funtów już, tja.

Trzecią: czyli sprzed tygodnia.. ach.. jeszcze mam depresje popowrotną. Im więcej sie podróżuje, poznaje sie prawdę życiową: NIE WOLNO PODRÓŻOWAĆ!! Depresja poprowrotna jest gorsza niż niejeżdżenie, Magda E. cos o tym wie. Tym gorsza, gdy trzeba się rozstać z kompanem na dni robocze. Tawarzyszem wtem był Karol i Londyn był ostatnim punktem jakże szlachetnej wycieczki poprzez UK.

Dużo zwiedziliśmy, myślę, a metrem tylko raz ujechali, zawsze byliśmy oszczędni. Chodząc pieszo, człowiek czuje, że żyje. No i trzeba trenować przed Santiago. Karol obiecał, że policzy, ile kilometrów zrobiliśmy, no ale nie wiem, czemu nie policzył, no doprawdy. Może taka liczba nie istnieje? jest taka szansa. I padało, to fakt faktyczny autentyczny prawdziwy.

Można wymieniać..

Muzeum karykatur było dobre. Moment moment.. co ja miałam ze śwital... hmm.. a!! no tak, PIĄĄĄĄĄTKĘ!! Jak mogłam zapomnieć (przypis - śwital = historia i kultura UK). Piątka piątką, ale PRZYSIĘGAM, patrzę na portrety jakiegoś Henryka 7, albo Cromwella i jestem pewna, że O TYM na wykładach nie było. No nie było. Jakaś fałszywa ta historia w muzeach.

A tak to Buckingham Palace, królowa nawet przejeżdżała raz, Parlament, Katedra, Tower Bridge, Horse Guards.. no kilka rzeczy było. Uznałam, że ciekawym miejscem jest Guildhall, zwłaszcza po 18, bo nie ma tam wtedy nikogo. Słynne Picadilly i Trafalgar Skłery pamiętałam sprzed lat. Izie Macieja musiałam pokazać kładkę dla pieszych na zdjęciu, choć nie pomyślałam w pierwszej chwili, że to kładka.

W Hyde Parku moc zwięrząt różnych, karmić nie wolno, a wszyscy karmią. Wiewiórki, kaczuchy, mewy, łabędzie czy cośtam.

I wszędzie są wspaniałe czerwone autobusy ;] które kocham, nie wspomnę już o rasie angielskiej, która też jest wszędzie (bardzo dziwne) i wystarczy, że się słowem odezwą, a ja już myślę, że są inteligentni, bo pięknie mówią, a przecież żadne z nich nie jest.

W Londyniu też dzieje się wielość rzeczy zawsze, rzucają nożami, przechodzą pod patykami.. takie takie, nawet oliwka się dzieje.

I tak, bez snu, udali się na lotnisko, aby nad ranem polecieć do Krakowa i przy okazji zwiedzić Wawel, w końcu mało zwiedzaliśmy w tym tygodniu, i wtem do Kiedrzyna. Przeciez każdy wie, że z Jastrzębia do Kiedrzyna, najprościej przez Anglię.

Poszukiwacze zaginionych Polaków na ulicy Buckingham
Buckingham
Przed Buckingham
Hyde Park
hehe, te kaczki są dobre.. skubane
A nie, te są bardziej
O nie, takich policjantów nie chcę w mieście, bo mnie dogonią na rowerze
Brama... hm... hm.. jakaś. Kiedyś sprawdzę
Trafalgaaaar
chinatown
Oczytany, a jakże
Prawdziwy Guard ..i prawdziwszy.
London Eye
nieopodal BB
BBBBBBBC
Też mają swoją palmę
Mokro
Natężenie ruchu czerwonych pojazdów: silne
Zdjęcie o tytule.. "Dupa lwa
Ciemne zakątki
B.museum, tylko z zewnątrz
Nawet gołębie są wykształcone i kulturalne
Dzwonimy
Jedno wspólne zdjęcie
Ja. raz.
Regionalnie
Galeria hajsu
Protestus
Jemy china
Odzyskane z 2009

środa, 12 maja 2010

Dorset w Anglii, 6 maja 2010


Do Dorset była wycieczka, i 3 miejsca zostały odwiedzone.

1. Durdle Door, które jest w każdym teledysku
2. Cofre Castle, którego prawie już nie ma
3. Lulworth Castle, którego nie widać zza płotu

A spanie było w New Forest. Każdemu wiadomo, że hen atrakcyj tam i każdy człowiek chodzi tam uśmiechnięty (ja). Pobyt ukrócił się jednak przez długą wojaż do celu. Mieliśmy okazję zwiedzić stacje benzynowe w Manchesterze i Birmingham. Po ciężkiej nocy, dotarli wnet do Southampton na 10.45 rano, po czym ruszyli, już pod opieką kamratów z lasu, do Dorset.

Durdle Door jest miejscem sławnym, a ujrzenie jego w teledysku jednym zarajcowało bardziej niż zobaczenie Big Bena, który był na 5 milionach filmów świata.



I tak właśnie pobyli tam sobie, powspinali się po skałkach, pozbierali piachu do butów i szczęśliwi. Ploty najnowsze Miśków ujrzały światło dzienne, pojedli też carrotcake'a, specjałów regionalnych nigdy nie za wiele. Przechwalił też sie każdy z wiedzy o aparatach.

Przenieśli sie potem w dwa miejsca, a może więcej było ich, ale kto by je spamiętał.. Dwa zamki, Lulworth Castle nie wiele widzieliśmy, ale z wikipedii mam zdjęcie, uchował się cały, z tego co widzę i z 17 wieku był, z tego co czytam. Drugi zameczek, to z 11 wieku jest, wiek podeszły jest to, jak widać. Zwie się on Cofre Castle, tak jak wioska i. Tam też najmniejsze muzeum Anglii, w całej okazałości uwieczniłam go na zdjęciu. W zamku zamordowano króla, zwanego Edwardem Męczennikiem. Odwiedzanie miejsc zamordowanych królów w Anglii jest trendy, jeszcze nie raz będzie o tym (raz).

I wnet do lasu, a raczej do Southamptona, miasta znanego mi, jak łysego konia stąd i ówdziąd. Ciekawym, że jednak nie zwiedziłam go nigdy. No masz, trzeba wracać... Odwiedziny sie odbyły i nowego człowieka poznałam, co przyszedł na świat nie aż tak dawno, Wojtkowe dzieciątko. Marta T. i Marta T. Druga, urodzone dawniej nieco, też były, też mnie widziały - cieszyły się bardzo, w końcu każdy mnie lubi.

Nawiedziliśmy hotel, gdzie... hmm.. usiedliśmy w lanczu, popatrzyliśmy na obraz Charlesa II, zjedliśmy deser, pogadaliśmy z Romanem, który zaprezentował swą osobę całym sobą. Przysięgam, że powstrzymałam się i nie sprzątałam żadnego pokoju, ani nawet jednego stołu nie nakryłam, ciężko było, ale dało rade.

Do lasu też musieliśmy zabrnąć, bo jak możnaby nie?? Rufus Stone pierwszy raz ujrzałam, a zginął tam król też, tak, trafiony strzałą, i nie wiesz, czy to zamach był, czy nie.. W okolicach wypadało też ukazać lubemu Brockenhurst (to tam, to tam był John Cleese!!!, ale nie tym razem, choć rozglądał sie każdy) i spotkaliśmy osły i inne krowy. I odbyło sie też krótkie tour do Rhinefield extra, czyli do hotelu konkurencji.

Ugościli nas pięknie, zaopatrzyli we wszystko, kołdry i specjały, mmm... cheesecake no i fishpie, który nawet z koperkiem mi smakował!!

I zatęsknił człowiek chwilę za wakacjami.. CHWILĘ! Nie wrócę tam już nigdy, przysięgam!! (przeykonywująca??) Fenomen uwielbienia lasu przeze mnie - wciąż nieznany.

Uwaga patos: Tak jakos pierwszy raz mogłam komuś to miejsce pokazać. Krótko to trwało, 1 dzień to nie 3 miesiące, czy też 6, może i dobrze, ale (patos patos nadchodzi..) wystarczyło, żeby Karol mógł zobaczyć, że tkwi tam cząstka mojej osobowości.

Okolice Durdle Door
Zakochana para
Z Kicią my
Sesja rozbierana
Sesja nierozbierana
Durdle Door nad Kicią
Osiooołek