Pokaż naszamucha.blogspot.com na większej mapie

czwartek, 30 marca 2017

Chicago, marzec 2017

Chicago



Coś czułam w kościach, że Chicago będzie fajnym miastem. Czułam tak i okazało się, że tak właśnie jest. Coś jest takiego w tym miejscu, że człowiek się tam czuje dobrze. Nie wiem po co w sumie, ale porównuje Chicago do Nowego Jorki. Wydaje mi się nawet, że te dwa miasta to przeciwieństwa. Chicago jest spokojne, centrum jest małe, da się przejść pieszo bez problemu, ludzie są spokojni, nie widać, żeby się jakoś bardzo spieszyli, a w nocy Chicago... śpi!

Naprawdę śpi. W pierwszy wieczór, gdy przyjechałam do Chicago, a była to godzina nie aż tak późno, bo 20:30, byłam nieco głodna, więc uznałam, że jest to świetny moment, że zjeść coś po całym dniu podróży. Po czym nie było nic otwartego! Tzn pewnie było, ale jakoś tak wszystkie miejsca, które mijałam były już zamknięte, albo zamykali o 21, a zwłaszcza restauracje. W końcu znalazłam jakiś bar, bardzo fajny zresztą, gdzie udało mi się dostać veggie burgera i fryteczki :)

Btw, po dwóch tygodniach pobytu w US, pierwszy raz w zyciu mogę powiedzieć, że mam dość frytek.

W Chicago można robić bardzo wiele ciekawych rzeczy. Jedną z nich jest spacer wzdłuż rzeki Chicago. A najlepiej jest to zrobić nocą, kiedy jest już ciemno. Bo cały sens tego spaceru to piękno wieżowców. A one nie robią takiego wrażenia w dzień jak w nocy. Naprawdę coś pięknego. Co więcej ten brzeg rzeki jest jakimś cudem bardzo spokojnym miejscem. Takim azylem w środku wielkiego miasta. A przypomnę, że Chicago jest drugim największym miastem w US.

W trakcie tego spaceru największe wrażenie zrobiła na mnie nie wieża TRUMP (która zresztą miała być dwa razy wyższa i być najwyższym budynkiem na świecie w momencie wykończenia, ale w końcu zrezygnowali z tego pomysłu, bo dokończono plany akurat po zamachu 9.11, więc uznali, że robienie wybitnie wysokiej odznaczającej się wież w środku Chicago nie jest dobrym pomysłem), ale dwie wieże, tzw Marina City.

Coś pięknego. Jeśli ktoś lubi funkcjonalizm (a ja lubię), to nie będzie mógł oderwać wzroku od tych wież. Okrągłe, fasada to w zasadzie balkony dookoła budynku, na niskich piętrach są parkingi... genialne. Każe mieszkanie jest kształcie kawałka pizzy, a w środku jest winda. Rozwiązanie tak fajne, że nie mogłam się napatrzeć. Tylko w takim eksperymentalnym funkcjonalizmie pojawia się kilka ciekawych problemów - np. problem z kupieniem mebli do takiego mieszkania. Innym problemem też jest to, że ludzie boją się parkować tam samochody, bo boją się że spadnie przez te cieniutką estetyczną barierkę z tyłu. No i raz się tak wydarzyło, kobieta wpadła samochodem do rzeki. Przeżyła. Od tamtej pory w budynku jest zatrudnionych kilka osób, które będą parkować. Profesjonalni parkowacze.

Warto chyba też wspomnieć wizytę w Polish Museum of America. Dziwne bardzo muzeum, wahałam się trochę, czy tam iść. W sumie warto było, oprowadzała mnie tam taka pani przewodnik, która przybyła do Ameryki z Polski w latach 60-tych. Dobrze mówiła po polsku, ale miała taką manierę i słownictwo jak ze starych filmów. Sama tematyka muzeum jest bardziej ciekawsza dla dzieci emigrantów, którzy chcą się dowiedzieć czegoś o polsce, dla mnie nie aż tak, pani przewodnik zresztą mówiła o rozbiorach na przykład :) No więc w takich momentach nudziłam się nieco, ale dość często znowu wracała do tematu historii Polonii, Pułaskiego, Kościuszki itd. Wtedy robiło się fajnie. Wpadała w taki słowotok, ale czasem udało mi się jej przerwać i zapytać na przykład "kto przychodzi do tego muzeum", albo o jakieś tam jej osobiste doświadczenia. Ciekawe było to, że jak przyszłam do muzeum (byłam jedyną osobą), to przewodniczka pyta mnie : "a pani ma zadanie domowe, czy tak sobie pani przyszła?". A tak poza tym to w muzeum jest dużo naprawdę ciekawych eksponatów, w tym dwa wielkie obrazy Kossaka, zbroja husarska i cała masa (nawet cały pokój ) Paderewskiego, który został przeniesiony tam z Nowego Jorku.

Nie udało mi się zrobić jednej bardzo bardzo bardzo dobrze brzmiącej rzeczy - a mianowicie kościół metodystów w chicago to jeden z wieżowców, gdzie biura wynajmują normalnie firmom, a kaplica znajduje się na samej górze :D można tam wejść za darmo, robią takie darmowe zwiedzanie codziennie o 14:00, tylko, że no już nie zdążyłam, więc... next time!!














poniedziałek, 27 marca 2017

Toronto, 27 marca 2017

Po sporej przerwie witam wszystkich serdecznie.

Chcę przelać tu kilka myśli dotyczących Toronto i Kanady.
W tym wielkim kraju byłam zatrważającą ilość dni - trzy.

Tylko Toronto, bo w zasadzie moja podróż odbywa się głównie po Stanach Zjednoczonych, ale skoro już byłam tak blisko, bo w Buffalo, to aż grzech było nie zajrzeć, a prędko pewnie nie wrócę.

No więc Toronto - ciężko powiedzieć, jakie cechy tego miasta to cechy Kanady, Kanadyjczyków, a które są cechami tego miasto, no ale spróbujmy.

Pierwsze, co uderzyło mnie w tym mieście to fakt, że ludzie zatrzymują się na światłach. Mówię o pieszych. Czerwone to stoją, a świateł jest sporo, więc spacer po Toronto to w dużym stopniu stanie i czekanie. Ma to znaczenie o tyle, że nie byłam w żadnym kraju poza Polską, gdzie na czerwonym świetle, mimo ze nie ma samochodów, ludzie stoją i czekają. W USA to nawet nie wspomnę, ale wszedzie - anglia, hiszpania, skandynawia, grecja.. no wszędzie przechodzą na czerwonym, a te dwa kraje jak dotąd - stoją i czekają. Ciekawa cecha, myślę czasem o niej, co sprawiła w tradycji i charakterze narodu, że my czekamy na zielone, Kanadyjczycy czekają na zielone , a najprawdopodobniej cała reszta świata nie. Może powodem są po prostu mandaty? Ale chciałabym wierzyć, że jest to coś głębszego.

Muszę przyznać, że przed przyjazdem do Kanady nie wiedziałam nic o tym narodzie. Po przyjeździe tutaj... dalej nie wiem nic.
Chcę bardzo wierzyć, że to nie z mojej winy, mojego zamknięcia na świat czy coś, tylko rzeczywiście Kanade charakteryzuje to , że nie ma w nich nic supercharakterystycznego. Jest bardzo miło, owszem, zresztą z HIMYM i SouthParka o Kanadzie wiedziałam tylko to, ze nabijają się z nich, że są wiecznie mili, nawet gdy chcesz ich zabić i muszę przyznać, że trochę tak jest.
I choć potwierdzam tu stereotypowe myślenie, którego podobno trzeba się wystrzegać, to chyba nie jest to stereotyp, o który kanada by się mogła obrazić - bycie miłym.

Miałam też ciekawy problem - a mianowicie zamiana  waluty - USD na CAD. Kantorów brak, exchange'ów brak. Mówią, że w banku można - no to idę do banku jednego, drugiego i wszedzie mówią, że nie  da się. Ale w koncu w jednym wymienili! Teraz CAD stoi niżej niż USD, podobno nie zawsze tak było, ale dzięki temu mój pobyt w K. był całkiem ekonomiczny w porównaniu do US.

A co do przeżyć, to poza jakimś takim chill outem, tkórego w koncu zaznałam w czasie tej podróży, po ponad tygodniu bycia poza domem, dwie najfaniejsze rzeczy które mnie spotkały to wizyta w Akwarium miejskim i wszelkie interakcje z jeziorem Ontario.
Zobaczenie rekina jest naprawdę fascynującym przeżyciem. A zobaczenia ich dwudziesty przechodzi wszelkie oczekiwania. Nie ma co, wzruszyłam się, patrząc na te  bestie, chętnie wróciłabym tam. Myślę nawet,że warto było przyjeżdżać do ameryki po to tylko, żeby zobaczyc rekiny. Co więcej, w rankingu TOP 10 przeżyć pierwsze miejsce ma u mnie kąpiel w morzu martwym, drugie obejrzenie rekina w Toronto. Ciekawe, że oba zdarzenia związane są z wodą.

A co do jeziora Ontario, to nie ma co mówić, jest zjawiskowo duże. Wygląda jak morze, a ja morze kocham, uspokaja mnie i w ogóle. Ontario tak samo, miało w sobie jakiś taki spokój, którego szukam w życiu. Ale to nie wszystko. Jeszcze będąc w autobusie do Toronto, jadąć brzegiem jeziora, zauważyłam coś co pochłonęło na chwilę wszystkie moje zmysły - lądujący samolot na jeziorze. Dziwię się więc chwilę, o co chodzi i nagle patrzę - na środku jeziora jest lotnisko. Tzn nie na środku, tylko bliżej brzegu, akurat obok ścieżki, gdzie chodziłam biegać rano. Kto mnie zna ten wie, jak bardzo cieszy mnie widok startującego samolotu (ale tylko na zewnątrz jego) i to w tak bliskiej odległości - woda i samoloty, po prostu nie mogło być lepiej.




poniedziałek, 4 maja 2015

Film Denia, Xabia, Banissa, Altea i Alicante

Zapraszam do filmu z wyjazdu do Hiszpanii:


 

 Na filmie Denia, Xabia, Banissa, Altea i Alicante :)

wtorek, 20 stycznia 2015

niedziela, 18 stycznia 2015

Viña del Mar, grudzień 2014

Muszę przyznać, że z tych dwóch miast leżących obok siebie - Viña del Mar oraz Valparaiso, bardziej jednak podobało misię Valparaíso.

Choć bardzo ciężko jest porównywać te dwa miasta, bo są całkiem inne.

Valparaíso położone jest na wzgórzach. Ludzie, żeby dojechac do domu używają specjalnych wyciągów publicznych (ascensores). To centrum życia nocnego i studenckiego w okolicy. Valparaíso tętni życiem i imprezą.

Z kolei Viña del Mar  tętni też... ale relaksem.
Tutaj tez Chilijczycy zjeżdżają masowo w weekendy, ale to przybysze innego typu. Przybysze lubiący poleżeć na plaży albo pograć w kasynie.

Zdjęcie

Obie czynności nie należą do moich ulubionych. Dlatego też bardzo się cieszę, że mogłam być w Viña del Mar nie w weekend, ale kilka dni w samym środku tygodnia, a w dodatku pogoda była jeszcze nie najlepsza, a wakacje sie jeszcze nie zaczęły.

Viña del Mar, które poznałam ja było spokojne, wyludnione.. wietrzne i nieco deszczowe.

I takie Viña del Mar właśnie pokochałam.

Zdjęcie

Mogłam spokojnie przejść się po plaży nie martwiąc się o to, czy kogoś rozdeptuję. Mogłam wyłożyć się na plaży, nie martwiąc się, że zaraz ktoś będzie chciał mi coś sprzedać.

I na tym by się skończył mój opis Viña del Mar.

Zdjęcie

Gdyby nie to, że pewnego dnia.. idąc sobie przez główną ulicę tego miasta, zboczyłam przypadkiem na bok i natknęłam się na ...

Posąg z Wyspy Wielkanocnej!!! 

Zdjęcie

Biorąc pod uwagę fakt, że w moich życiowych planach (przynajmniej teraz) nie ma wyjazdu na Wyspę Wielkanocną, ucieszyłam się niezmiernie!

Zdjęcie

Prawdziwy posąg przytargany z Isly de Pascua właśnie do Viña del Mar.
Dlaczego akurat do Viña del Mar ?
Otóż wiadomym faktem jest. że Isla de Pascua należy administracyjnie do Chile. I tylko z Chile (z Santiago de Chile dokładnie) da się dolecieć na wyspę. Wyspa sama w sobie nie stanowi osobnego regionu administracyjnego. Podpięta jest pod region Valparaíso (ten sam, w którym leży Viña del Mar).

Wyspa Wielkanocna ciekawi mnie od niedawna, ale nawet jeśli jest to całkiem nowe hobby i nie znalazło jeszcze trwałego miejsca w moim sercu, mogę powiedzieć, że wyspa ta wcale fascynuje mnie.

Zdjęcie

Lud mieszkający na wyspie wiele setek lat temu zaczął budować posągi. Nie wiadomo do czego służyły. Niektóre są male, niektóre ogromne (czasem nawet na 20 metrów! ). Najprawdopodobniej służyły do odganiania złych mocy. Nie wiadomo. Posągi noszą nazwę Moai. Wyrzeźbiono ich około 800, po czym nagle zaprzestano ich tworzenia. Podobno w kamieniołomie na wyspie leży kilka niedokończonych rzeźb.

Na temat pojawia się wiele teorii. Jakoby mieszkańcy poumierali wszyscy nagle i w niewyjaśnionych okolicznościach. Albo jedną z makabryczniejszych wersji jest, że do transporotwania rzeźb używano pali z drzew. Do tego celu wycięto wszystkie drzewa na wyspie, co pozbawiło mieszkańców źródła żywności (!).

Ostatecznie nie wiadomo.

Wiadomo tylko tyle że posągi istnieją i że miało być ich więcej.

A w sumie... może kiedyś się tam wybiorę? Why not ?

sobota, 17 stycznia 2015

Valparaíso, grudzień 2014

Zdjęcie Zdjęcie  Zdjęcie

Są takie dwa miasta na wybrzeżu Oceanu Spokojnego:

- Viña del Mar
- Valparaíso

Odwiedziłam Valparaíso w czasie pobytu w Viña del Mar. Miasta te leżą śmiesznie blisko siebie. Aż dziw, że jak na Amerykę płd. to nie jest jedno miasto.

Pozwoliłam sobie w czasie pobytu w Chile odwiedzić moją znajomą ze studiów, Agatę, która do teraz wydawała mi się bardzo niepozorną osobą i spokojną, może i nawet trochę strachliwą. Nie mogłam się bardziej mylić. Agata jest tytanem odwagi. Żyje sobie w różnych częściach świata, pracując jako tłumacz na odległość. To jeszcze samo w sobie może nie brzmi jakoś niesamowicie, ale jak żyję, nie spotkałam osoby, która tak dobrze wtopiła się w obcą kulturę. I daję głowę, że nie dotyczy to tylko wtapiania się w kulturę Chile. To jest po prostu jej cecha. Potrafi być tu i teraz całą sobą. A nawet całą sobą na 200%.

Myślałam kiedyś, że to ja jestem otwarta i się wtapiam jakoś tam. A okazuje się, że powinnam się od Agaty uczyć. I to na poziomie elementary.

W każdym razie, podróżując, uwielbiam zawsze i wszędzie, gdzie tylko się da, odwiedzać znajomych, którzy akurat tam przebywają. Jest to jakby przyspieszony kurs przetrwania w tym miejscu. Oni spędzają tygodnie, miesiące albo lata na przyswojeniu sobie wielu rzeczy, które sprzedają Ci potem przez 3 dni :)
Oczywiście nigdy nie będą w stanie sprzedać Ci ich w stu procentach. Wcale też tego nie oczekuję. Ich doświadczenia i przeżycia pozostają ich osobistymi doświadczeniami i przeżyciami.
Czerpię jednak niezwykłą radość z słuchania i patrzenia na to, jak oni odnaleźli się w nowej niepolskiej rzeczywistości.
Jest w tym jakaś taka dodatkowa wartość. Coś więcej niż przyjechać gdzieś i być w hostelu takim jak każdym innym na całym świecie. I coś innego niż być u hosta tubylca. Host tubylec ma inne zalety. Ale po zaliczeniu całkiem sporej liczny hostów tubylców, dostrzegam wiele wartości z odwiedzania Polaków w innych krajach.

No ale nic.

Valparaíso. Czy też jak mówią na niego jego mieszkańcy, Valpo, to miejsce niezwykłe.
Niewiele jest w Chile miejsc wpisanych na listę UNESCO, bo aż 3: Chiloe, Wyspa Wielkanocna
Valparaíso właśnie. Zasłużyło sobie Valpo na oobecnośćna tej zacnej liście dzięki architekturze kolonialnej z XIX  wieku. 
Ale wbrew pozorom to nie to przykuwa wzrok turystów i odwiedzających, tylko liczne graffiti na murach, które ciągną się kilometrami.
Nie jestem wielkim fanem graffiti, ale to, co można zobaczyć w Valpo, a w szczególności ilość malowideł, zapada w pamięć.
niewielka próbka graffiti w Valpo

niewielka próbka graffiti w Valpo

Inną rzeczą, której nie zapomina się z Valparaíso to wzgórza, czyli cerros. Miasto wybudowane jest zaledwie 500 metrów od wybrzeża. Część płaska przy plaży to tzw plano. Tam mieści się ścisłe centrum. Puby i takie tam. A ludzie żyją na stromych cerros. Jak się do nich dostać ?

Widok na jedno ze wzgórz

A dostać się na nie można wjeżdżając takimi publicznymi windami (ascensores). Jest ich teraz 16. Strome jak sto pięćdziesiąt i skrzypią gorzej niż stare drzwi. Ale.. działają! I na pewno są oszczędnością czasu, bo zjazd i wjazd trwa kilka sekund. A gdyby komuś przyszło do głowy jechać tak autobusem przez te pagórki, to powodzenia, jeśli się spieszy.

ASCENSOR
ASCENSOR

Cerros są tez dobre z innego powodu.
A mianowicie z powodu trzęsień ziemi. I choć w ani w Valparaíso ani w obok w Vina temat terremotos nie jest obcy (powiem wręcz, że jest trendy, bo nawet najsłynniejszy drink to tzw terremoto. Drink polega na wielkiej szklanie wina i gałce lodów. Najlepiej jeszcze dodać do tego jakis alkoholowy likier albo inny mocny trunek), ludzie są świadomi niebezpieczeństwa (ale to akurat w całym Chile) i jak ktoś nowoprzybyły sie ich grzecznie pyta, co się robi w czasie trzęsienia to wcale nie wyśmiewają cię od boidudków, tylko starannie tłumaczą ci, jak się trzeba zachować. Czyli akurat w przypadku Valpo trzeba stanąć pod framugą albo pod czymś, co uchroni cię przed spadającymi przedmiotami, odczekać, aż samo trzęsienie się skończy, a potem... czym prędzej uciekać na cerros!

Zdjęcie
TERREMOTO

Uciekać, bo wkrótce może, a nawet powinno, nadejść tsunami. Cerros są o tyle wygodne i powszechne do ucieczki, że gdzieniegdzie można zobaczyć drogowskazy, którędy należy uciekać przed tsunami. Najpierw drogowskazy te trochę mnie przeraziły, potem rozbawiały a potem znowu przerażały na zmianę.

Samej udało mi się w czasie tygodniowego pobytu przeżyć małe trzęsienie, które raczej było niewielkim wstrząsem, ale co mam na swoim koncie doświadczeń, to mam.

Stało się to zresztą w ostatnim momencie, gdy wsiadałam do autobusu na stacji i miałam opuścić tereny sejsmiczne. Przeszło mi nawet przez myśl wcześniej, że to nawet szkoda, że nie przeżyję żadnego wstrząsu. I niemal już jestem w autobusie, stoję jeszcze przed drzwiami, żegnam się razem z Agatą z naszym kolegą, który nas odprowadzał.. a tu nagle wstrząs!  Tak delikatny, że Agata musiała dopytać kolegi, czy to był wstrząs. On na to, że tak, co wywołało moją niezmierną radość.

Bo jest to rzeczywiście uczucie.. ciekawe. Taki mały, prawie niezauważalny wstrząs zapadł mi głęboko w pamięć. Chyba mogę porównać to tylko do takiego uczucia, gdyby się stało na drewnianej scenie i ktoś obok lekko by podskakiwał. Poczułam się nagle taka lekka.. i nie tylko ja. Mialam wrażenie, że cały ten dworzec, budka z biletami, autobus do którego zaraz wsiądę... wszystko jest tak lekkie, że jest całkiem nieważne w obliczu ruszającej się płyty kontynentalnej.

Daje do myślenia.

Zwłaszcza, gdy poczyta się trzęsieniach, które miały miejsce w historii. W Valpo ostatnie wielkie było w 1906. Zginęło ok. 3000 osób.

--

A w Valpo spędziłam zdecydowanie za mało czasu. Chętnie spędziłabym tam kiedyś jeszcze jeden cały dzień, bo mi dane było być tam tylko popołudniu i wieczorem (o nocy nie wspomnę, bo nie wypada. Wszak, Valpo to znane miejsce nocnych wypadów).

Dam wszystkim tylko jedną radę: Nie pijcie więcej niż 1 terremoto jednego wieczora.


Alejandro, oprowadzał nas po Valpo
jeszcze wiecej graffiti
Dodaj napis
Zdjęcie
valpo


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Chiloé, grudzień 2014

O Chiloé mogę powiedzieć na pewno jedną rzecz: że trzy dni na Chiloé to zdecydowanie za krótko.



Dodam może tylko, że o mały włos w ogóle nie trafiłam na tę wspaniałą wyspę. A trafienie tam zawdzięczam mojej niezłej znajomej. Agacie Duran, którą znam ze studiów, a aktualnie w Chile przebywała. Nie wspomnę tu nawet, że okazała się kompanem do podróży z najwyższej półki, bo mogłabym pisać o tym, jak zgrane i dobrane okazałyśmy się z Agatą przez tydzień, który spędziłyśmy razem godzinami. Wspomnę jedynie, że Agata przez 3 pierwsze minuty naszego spotkania (które odbyło się w Valparaíso) powiedziała jakieś 20 razy: ,,Martyyyyna, musisz jechac ze mną do Chiloé", gdzie właśnie wybierała się na.. czas nieokreślony.

Do Chiloé da się jechać tylko na czas nieokreślony. Sądzę, że tylko wtedy jest się w stanie dokładnie poczuć to, jak tam czas płynie inaczej. Zatrzymuje się on w miejscu, doba trwa dłużej, a godzina nie ma znaczenia.
Nawet słońce świeci inaczej. Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie warstwa ozonowa jest bardzo cienka, więc nawet w chłodne dni i przy zachmurzonym niebie trzeba smarować się olejkiem do opalania.
Może to właśnie dlatego tylko tam ukochane przez Polaków ziemniaki rosną naturalnie (Tam zresztą podobno zostały odkryte po raz pierwszy).

Mój pobyt w Chiloe był wg mnie gwoździem programu w czasie mojego zacnego wypadu do Chile. Dlaczego takim gwoździem niby?
No właśnie...

Chiloe..  a to chiloheroes

Chiloé to druga największa wyspa Chile.
Zawsze była trochę inna niż reszta kraju... nie wspomnę już o nieco innym klimacie czy pingwinach :) Ale kuchnia chilota jest inna niż chilijska. Inna jest kultura, inne są rośliny, inne są zwierzęta i pamiątki w sklepach też są inne niż na kontynencie.

ostrygi, czyli duma Chiloe

W przeszłości Chiloé było azylem dla Hiszpanów, którzy uciekali przed powstającymi Indianami. Uciekali tam głównie Jezuici. Postawili wtedy wiele drewnianych kościołów (bardzo ładnych i charakterystycznych zresztą, a w 2000 roku zostały wpisane na listę UNESCO) i zadomowili się generalnie, co jest głównym historycznym wyjaśnieniem izolacji Chiloé od reszty Chile.
A ilustruje to dobrze pewna data, a mianowicie oderwania się od Hiszpanii. Data uzyskania niepodległości dla Chile - 1810. Dla Chiloé - 1826 (!).

Do dziś mieszkańczy Chiloé szczycą się odrębną kulturą no i pięknymi kościołami, których wpisanych do UNESCO jest aż kilkanaście.

Jeden z kościołów jezuickich wpisanych na UNESCO, ten w stoi w centrum Castro. 

Tyle teorii.

Z moich wrażeń powiem tylko tyle, że Chiloé to miejsce, gdzie miałam ochotę kupić dom i zostać tam na wstępnie zawsze.
Chiloé to miejsce, gdzie odbywa się najlepsza Feria de Cordero (zabawa baraninowa) z okazji 8 grudnia (nikt w Chiloé nie pamięta nawet jakie to święto. Ale czy to ważne? Ważne, że wszyscy idą na Ferię i jedzą cordero. Polecam bardzo to wydarzenie, bo zapewne jest to jedna z niewielu okazji, kiedy można być świadkiem konkursu strzyżenia owiec.)


konkurs strzyżenia owiec w czasie FERIA DE CORDERO

Chiloé to miejsce, gdzie urzekają swoim urokiem palafitos, czyli domki na palach.

PALAFITOS, czyli domki na palach

Chiloé to miejsce, w którym, gdzie sie obrócisz, tam jest PIĘKNIE. Przemieszczając się z wyspy na wyspę, człowiek widzi wybrzeża, plaże, gdzieniegdzie góry, mosty, mosteczki i statki.
Chiloé to miejsce gdzie zjesz najlepsze owoce morza w całym Chile! Tym argumentem posłużył się poznany w Chiloé Hiszpan, a właściwie Galicyjczyk, Ruben, który uznał, że Chiloé to Galicja Ameryki Południowej. Dlaczego? Bo taki sam klimat i takie samo jedzenie. Nawet na tych samych równoleżnikach się znajdują te dwie krainy (jeno półkule inne). A Hiszpanie, gdy przybyli do Chiloé, nazwali to miejsce Nueva Galicia (Nowa Galicja).

Dodam może jeszcze tylko, że każdy, kto znajdzie się na tej wspaniałej wyspie, ulega CHILOENIZACJI. To samo przytrafiło się mnie.
Co to takie jest chiloenizacja?
Otóż polega to na tym, że po 3 tygodniach bycia świadkiem kradzieży albo porwań w Argentynie, przestajesz się bać. Bo w Chiloé mieszkają poczciwi ludzie. Polega to też na tym ,że po 3-tygodniowej obserwacji i irytacji na to, jacy są latynosi (chaotyczni, spóźnialscy... i generalnie niezności)... sam stajesz się taki sam :) Nagle przestajesz patrzeć na zegarek, martwić się pierdołami albo czymkolwiek i po prostu czerpiesz z życia to co pozytywne i dobre. Cieszysz się słońcem i dźwiękiem gitary.

Żyjesz.

Dlatego warto tam pojechać.

Mogę tylko podziękować Agacie, że zabrała mnie do Chiloé

Jakby ktoś nie wiedział, którędy uciekać przed trunami
Feria de cordero czyli zabawa baraninowa z okazji 8 grudnia 
Castro - centralna miasto w Chiloe
tym żywi się całe Chiloe

taki widok w Chiloe to norma
PALAFITO, wersja naziemna :)