Pokaż naszamucha.blogspot.com na większej mapie

środa, 12 maja 2010

Glasgow, Ayr, 3-5 maja 2010


Nieproporcjonalnie, to fakt, bo ze wszystkich miast na świecie to właśnie Edynburg zasługuje na dwa dni a nie Glasgow. Ale ale! nie wrzucam, nie? Właśnie odwrotnie.. trochę.. prawie. W tym sensie, że Glasgow miało co pokazać przez 3 dni, to wtedy o Edynburgu nie wspomnę nawet jak przez 30 dni byłoby co oglądać. Glasgow poznał człowiek niezgorzej, a było to tak...

zatrzymaliśmy się u brata Karola, wspomnianego ostatnio, Pawła. Paweł, sympatyczna postać uraczył nas gościną. Nie jedno, lecz kilka miejsc pokazał tu i tam. krok za krokiem podążał każdy (ja, Karol, Ania) za nim aż do climaxu - Rockcośtamu, gdzie spoczęły nogi, a robak się zalał, miła knajpina.

Innego dnia też, tuż przez następnym przystankiem podróży, udani zostali towarzysze nad morze, do niedalekiej od Prestwick mieściny Ayr, którą .. ach! (żeby czegoś gorszego nie powiedzieć) poznaliśmy od początku do końca. Ale o tym potem.

Glasgow, miasto nowoczesne, największe tam. Wielkie wszytko jest, i nie ma tam rzeczy małych. Metropolia jak się patrzy, a jakby się dalej udać, nad rzekę Clyde, to mają wielce espektakularne mosty i inne wielkie obiekty. Obiektem jest tam muzeum nauki, gdzie chłopcy mieli zabawę, a ja zagadkę przy każdym stanowisku, nie wiedziałam wszak o co cho.

Odwiedzilim też Muzeum Wszystkiego, choć tak naprawdę nazwane jest to Kelvingrove Art Gallery and Museum, lecz daję słowo było to muzeum wszystkiego. Taka rzecz i taka tam była, nawet Radom i pozycje po imprezie. Każdą rzecz, jaką wymyślisz sobie, znajdziesz tam.

Ostatni punkt wycieczki okazał się najlepszym, nie było osoby, która nie pluła sobie w brodę, że pomyślała, że "nie idźmy juuuuż". Cmentarz taki, gdzie ma straszyć. Zwie się też strasznie "Nekropolis" i jest typu: stare. A Jako że jest na wzgórzu, widać wszystko zeń, katedrę na ten przykład. I aż strach się bać.

A w Ayr, miasteczku portowym, uroczym trochę, siedzimy sobie już we dwoje, jest miło i zgrabnie, aż dzwoni jedna z mych licznych komórek. Do Londynu miał człowiek podążyć samolotem marki Ryanair tego dnia, aż wiadomość otrzymał od kamrata, iż odwołany. W te pędy obmyśliliśmy plan, który polegał na braku planu. Szczegóły tylko dla wtajemniczonych, przyjaciół i bliskich, wiadomem może być jednak to, że przeszliśmy całe Prestwick Road jak żywe, co zajęło nam dnia pół, w skwarze i upale, który zdażył się tylko raz i musiał akurat w ten dzień. Opaleni, a jakże.

Do Glasgow dotarli na 23, a wcześniej zamówiliśmy bilety okazyjne megabusa do Londynu. 8 godzin i włala! Jeszcze jeno dwie do przodu i już w Southampton, nie wiem o co tyle krzyku.

Square George'a
W Glasgow Boże Narodzenie jest codziennie
Czytam ja
Wiewióreńka
Wielość remontów
zZA KRAT
Muzea za daaarmo!!
Object without a name
I'm dead
W muzeum nauki
Rodzeństwo
Fish cakes
Zabawy w Glasgow
Small Big Ben
Słodziaki, nie te co myślisz
Z cyklu potrawy regionalne
Paweł
potrawy regionalne, muffin

poniedziałek, 10 maja 2010

Edynburg, 3 maja 2010


Gdy raz pojedziesz do Anglii człowieku, nie wytrzymasz roku bezeń. SZKOCJI! Aj! Weźcie, Szkocja, Anglia, nie ma Szkocji, tzn Anglii nie ma. Oj tam, już sama nie wiem.

Wycieczka miała byc prosta, tania i żeby odpocząć. Żeby sobie chyba nie wiem co, phi. Ale było, jak Boga kocham, ale było!!

wyruszył człowiek.. hm, nie, moment, to nie tak było. wyruszyły człowieki, wszak Karol był ze mną, był on, był był. No i tak poprzez Jukej przebrnęli, od Glasgow po Southampton. Transport nie jeden się odbył, czasem też i nie najkrótszy. Główne przystanki: Edynburg, Glasgow, Londyn i New Forest.

Edynburg.. I LOVE EDYNBURG, bo każdy kocha Edynburg. Piękny jest i wspaniały. Jak nie kochać, jeśli wejdzie się na Calton Hill?

Chadzała z nami Ania, szanowna siostra bardzo Karola i też brat tychże ich - Paweł, który sam zresztą mieszka(ł do teraz) w Glasgow. Z towarzystwem weselsze są miasta, trzeba przyznać.

Ma się wrażanie że całe miasto to Stare Miasto. Nawet nie jestem w stanie wymienić wszystkiego, a. i tak nigdy nie wymieniam, no ale klawo jest, mówie wam, no. Szkocka flaga powiewa gdzieniegdzie, tudzież kratę dostrzec można. I kobzę posłyszeć też. Kraj ten przydatne ma prawa, na czerwonym świetle można przechodzić, jeno Polacy się boją, zawsze byli uczciwi. Dwupiętrusy są, jak mogłoby nie być, ale taksówki są megawsze.

Zamek of Edinbra istnieje i to istnieje naprawdę. Z zewnątrz to robi wrażanie, na skale się uchował, a weń też atrakcje, armaty, cmentarz dla psów wojskowych, albo też i kwiaty. No i memoriale, ale to wszędzie, na ulicy też są, dla Szkota metr kwadratowy bez memorialu to metr zmarnowany.

Odwiedziliśmy też Galerię Narodową Szkocji, czasem żałuję, że nie znam się i nie lubię sztuki, albo też, że nie znam historii Szkocji. Gdybym urodziła się po raz drugi, na pewno bym to zmieniła. NA PEWNO!!

Takie miasto, TAKIE, no właśnie i aż wstyd, patrząc na długość posta tego. Po dziś dzień żałuje każdy, że tylko 1 dzień w Edynburgu byliśmy. Ale przed nami była jeszcze długa droga...

Z przystanku to wysoko
Koń na zawsze
Ale mają! (komentarz do wszystkiego
Trzeba się wzruszyć na Górze Caltona
Górzysta Szkocja
Budynek Parlamentu, ale mają też!
Rodzeństwo sobie
Zamek, widok z ogrodów
Dla wielbicieli artyzmu
Ale słodziaaaaki
Ania raz
Ogrody i kwiatencje
Ania dwa
Ania trzy
I pogoda nawet nawet
Widok z zamku

wtorek, 6 kwietnia 2010

Radom, 2-5 kwietnia 2010


Nie ma zwierzęcia droższego od konia. Nie ma miasta droższego (mi) od Radomia. Nikt nie spodziewał się. Nikt nigdy. A jest to. A raz zabyć musiało jak to przybyłam do Radomia w sprawach niebiznesowych. Głos serca wyznaczył termin przyjazdu do Radomia na kwiecień 2010. A tam człowiek poczuł się na chwilę jak w raju, a myślę, że nazwa Raju wywodzi się od Radomia, choć boję się, że twórcza to rzecz nie jest, wszak to logiczne i każdy wpadł już na to na pewno.

A przybliżę. Bo nikt nie wie jeszcze, kim jest Karol, choć prekampanię przeprowadzałam mężnie na en-ka, fejsie i picasie. Numerem popisowym Karola jest zrobienie herbaty każdemu po obiedzie, z własnej nieprzymuszonej woli, bez próśb ni sugestyj. A człowiek - ja - nieprzywykły do takich obrazów, skonał wnet z podziwu i pewnym zabył też, że z nim stopem na koniec świata mogę się udać, jak to śpiewa Hurt, lub też inaczej trochę, w piosence też nie wiem jakiej.

A urzęduje on w Kiedrzynie/Kiedrzyniu, nie wiadomo trochę, zapytałabym mamy, acz wyszła do fryzjera, niczym prawdziwa kobieta (największa obelga ludzkości). Bo to nie wiadomo, czy jest Kiedrzyn, czy Kiedrzyń, na dwóch tablicach istniejących tam, raz jest napisane tak, raz inaczej, dajta spokój, lingwista zawału może tam dostać. Tubylcy odmieniają od "Kiedrzyn", niechaj tak więc pozostanie...

Z ciekawostek, działo się to w święta Wielkanocne. Dużo kościoła, dużo jedzenia, rodzina, słońce, wiosna, cośtam. Po dziś dzień płaczę, jak pomyślę, że nie ma mnie tam już, takiej gościny człowiek zaznał. Miejscową parafię znam bardziej, niż swoją, a każdy radomski świąteczny zwyczaj przedstawić mogę. Wśród wielu activities była też wycieczka po Radomiu. Karol przewodniczył pięknie, przeczytanie przewodnika ku temu wcześniej poczynił, zuch chłopak. Odwiedziliśmy też Ewę, bo w końcu... rzadko sie widzimy, prawie nigdy nie rozmawiamy. A zatem poznałam jej rodzinę, szanowni są to ludzie, a przywitał mnie tata słowami: "ja cię znam z internetu.. musia_musia.. " i cytuje mnie, wpisy moje na gronie sprzed 500 lat.

Ja tu pisu pisu a zapomniałabym dodać, po co przyjechałam, albo raczej, co było pretekstem, co by się tam pojawić. Otóż, wesele. A tak. Zaproszenim byliśmy, wylansowałam się nieco, lans bans dancing on the floooo

Kiedrzyn. Nieopodal Radomia leży, lotniska też. W Wikipedię wpisać chciałam, lecz.. nie ma. Spróbuję bez emocji opisać go. Teren równy, wiatraki, zwierząta, pola, zakręt śmierci, takie takie.. prosta droga do Radomia prowadzi, Lubelska się nazywa, a pod samo serce Kiedrzyna ciągnie się, jeno po drodze lotnisko przeszkadza. Największą atrakcją Kiedrzyna jest dom Karola, a na podwórku pies Bary, krowa, ule, młyn .. taka partia! A na stole kiełbasa swojska, mleko od krowy prosto, nawet woda z brzozy, która w tarabuku kosztuje milion złotych. Zwyczajem świątecznym jest iść po zdrowie do lasu, to poszliśmy. Będziem zdrowi.

A Radom.. Raaaadom.. , każdy wmawiał, że niewiele weń. A było na co popatrzeć. Ulica najpiękniejsza i najgłówniejsza to Żeromskiego, nie raz o niej słyszałam wcześniej. To tam chadzają ludzie, bo na rynku to pustota panuje. Wiele budynków po drodze, nie każden zapamiętałam, ale był i ratusz, kościół garnizonowy, katedra, urząd miasta, kamienice dwie - Gąski i Estery, co najładniej sie zachowały. Cieżko trochę, rzeknę, bo tak blisko a tak daleko mam album o Radomiu, gdzie sprawdzić wszystko mogę, co jak się nazywa, acz leży w pokoju, gdzie ludzie aktualnie śpią, więc dostać go ciężko. Z pamięci zatem lecim. Blisko jest pomnik Jana Kochanowskiego, rozkraczonego nieco, polemikę wywołał w mieście, zawsze poruszał tłumy. Fontanny, miejsce spotkań każdego, kąpać się nie wolno, a zburzą je i tak, ale stoją i som.

Czas na.. Piotrówkę. Najastarsza osada, nad rzeką Mleczną, ostała się palisada (z trzech pali) i też kościół św. Wacława. Można tu przyjść na randkę, lub też wypić coś, czy piknik sobie urządzić, mimo że był to cmentarz niegdyś. W albumie napisali, że czysto tam, a nieczysto jednak. Miejsce piękne, Ewa nas tam zaprowadziła, miła dziewczyna. Przybył też George, co ma spodnie w kratę, zawsze byłyśmy bratnimi duszami, Kamila też.

Na lotnisku można zobaczyć samoloty, poczytać 3 słowa o nich, albo usiąść na nim w celu zrobić zdjęcie. Pod przymusem systemu, jakim jest związek, udaliśmy się na Borki, bo każdy tam chodzi na randki. Na Borkach jest zalew, piękna okolica.

Co dodać?? 3 dni, każdy z nich wspaniały. Wycieczka uwieńczona weselem, wytańczył się człowiek, z Kamilą i Patrykiem zagaił, co byli też. Bez patosu i wielkich słów, cudowny był to pobyt, a komputer, aparat i rower, czy też brak ich aktualny, nie jest w życiu najważniejszy.

Wielkie daty Radomia
W Radomiu moc turystów
Nieopodal fontann
Handel świąteczny kwitnie
Apteka na Żeromskiego (niezwykle fascynujące
Najniebezpieczniejsza ulica w Radomiu, nazwa nieznana, niepamiętana raczej
Rynek z choinką bożonarodzeniową
Ulica kantorów
A kąpać nie wolno
Mosteczek na Borkach
A czemu ten pan tam wchodzi?
Albo ta pani?
Wielka natura
Na Borkach - ja
Wielkie powitanie
Wielcy koledzy, Ewa i Karol
Do zdjęcia rodzinnego... i cyk
IRA, bo każdy ma powiązania z IRĄ
Wandalstwa trochę
Z Eweczką na Piotrówce
Wielkie koledzy
Karol z mamą
kici kici
Mokro i bagniście czasem

poniedziałek, 8 marca 2010

Girona, 28 lutego 2010


Niewiele przystanków do końca Oliwki zostało. Ostatni tak naprawdę. Oto jest Ci on - Girona. I to nie o lotnisku będzie, choć mogłoby, jakoże znamy je lepiej, niż miasto.

Żal trochę, żal, to prawda, było jechać do Girony, gdy Barcelona tak blisko. Ale co zrobić? Tak blisko a jednak tak daleko, nie wiadomo, czemu nazwali lotnisko "Barcelona-Girona", równie dobrze mogli je nazwać "Pekin-Girona", Barcelona wcale daleko, hen hen w dal, ku morzu.

A może i dobrze, bo Girona niezła panna.

A drodze doń spotkaliśmy (my, tym razem bez Barego, chlip chlip) Tomka, który zagadnął nas, polubił chyba, bo trzymał się aż do kresu podróży. Powędrowali na miasto, kawę wypili, miły chłopak. Poczęstował nas każdym jedzeniem. Wspominam go dobrze po dziś dzień, a należy mu się. Znosił dzielne nasze wahania nastrojów. A wahania to były najgorsze od zarania, wiadomo, jak bywa przy końcu podróży. A z Gliwic jest Tomasz, więc potem pozwoliłam sobie zaproponować mu podrzucenie go, samochodem moim własnym, czyli taty, czyli wuja.

A dobrze wypadł na jednym zdjęciu. JEDNYM!

Girona za to, jest wielkości Jastrzębia Zdroju, pod względem liczby mieszkańców. Kocham Jastrzębie, nie wrzucam jemu, ale myślę, że na tym kończy się lista podobieństw między Gironą a Jastrzębiem.

Rzeka piękna płynie przez Gironę, a brzegiem jej ciągną się charakterystyczne dość budynki, kamienice takie. Kolorowe. Jak słońce przyświeci, to piknie, aż żal nie mieszkać tam. I Katedra i starówka. Wikipedia pisze, że najlepiej zachowana średniowieczna starówka. Czy tam jedna zy. O katedrze też się mówiło, że największa gotycka na świecie, ale wpisuję w gogle i wpisuję i nie, w Sewilli największa jest, masz ci los i życie masz, nie pogodosz. Mosty nad rzeką też, nie wielke aż tak są, ale co jeden, to ciekawszy. Patia obecne, acz już nie renesansowe, żegnaj Jaenie...

Jest też dzielnica Żydowska. Ciekawie, ciekawie..

I to tam właśnie, wzion człowiek ostatni oddech hiszpańskiego powietrza w tej podróży, w tej przygodzie. W samolocie, iście swojska atmosfera, Polak na Polaku. Adios!

Przyjaciele! Ewunio, Łukaszeczku, Barteńku: bez wielkich słów, bez patosu (a pasowałby bardziej, niż cokolwiek). Piękna to była podróż, pielgrzymka do ziemi oliwy. Bez Was, z kimkolwiek innym, nie byłoby tego, co było z Wami.

Chłopaki.. tylko takie nam zostały
Girona zaskakuje. Co to w ogóle jest??
Turistic and modern
Ochjoj, od razu widać, że nie Andaluzja
Z nowym przyjacielem
Pomnik kobiet myślących
Tylko w Gironie możliwe było takie zdjęcie

niedziela, 7 marca 2010

Úbeda, 23 lutego 2010


O Ubedzie krótko. Częścią Olwiki była. Wepchnięta do misternego planu oliwki. Opłacony przewodnik, Ubeda zaliczona.

No właśnie. Chwała przewodnikom, przeto nie wiadomo czym człowiek zostanie w przyszłośći, dużo wiedzą też, nie powiem, że nie, ale niech to coś, to nie to samo, jak prowadzą cię i mówią. Piękne miasto jest, urodziwe, ale nie poczułam go w ogóle. Czasu nie było na figle (raz). Padało też, deszcz przeszkadza, a był mocny.

Ubeda jest podobna do Baezy, więszka tylko ciut i ważniejsza. Wpisana do UNESCO. Święte miasto. Kościoły, kaplice, rzeźby, dzwony i what not. Ulice też są piękne, a deszcz to dodał im tajemniczego uroku (szkoda jeno, że był mokry). Kamień, kamień, wszystko z kamienia.

Styl renesansowy panował, i dobrze, bo schronił się człowiek przed deszczem w patiu. Za kawę zapłacić un euro.

Sacra Capilla de Salvador
Juaniiiita
Kamraci
Iglesia de San Pablo
Przyjaciele z Polski zapoznani tamże, Kasia, Tomasz,
Mokro...

Madryt, 22 lutego i 27 lutego


Każdy wie, że są dwa Madryty. Równym sposobem, są też dwa USA. Wiem, że to może być szok, człowiek jednak jest w stanie oswoić się z tą myślą. Niestety też, potem zaczyna się wszystko mieszać, bo dwa Madryty są dość podobne do się. Nie zamierzam komplikować sprawy i ustalmy na potrzeby posta, że jest jeden Madryt.

Simplemente, w Madrycie byliśmy razy dwa. W drodze do Baezy i w drodze z Baezy. A podróżnikami znów: Jam, Ewam, Łukaszym i Barym.

Maaaaa-aaaa-a- DRYYYYT!! (śpiew operowy)! Madryt stolica! Madryt królestwo Hiszpanii! Madryt kwintesencja hiszpańskości! Na górze pranie, na dole mycie, Madryt, życie jak w Madrycie!!

A gdzież tam! Chcecie Madrytu? Chcecie zdjęcia z lampą błyskową? A proszę bardzo, tylko potem nie do mnie. Otóż, Madryt. Racja też, że na złą pogodę trafiliśmy. Nie chcę mówić, że nie urzekł mnie, czy że mi się nie podobał, ale.. nie ma tam tej hispadnidad, której szukam (wszędzie, w Jastrzębiu też).

To zaraz o nim, a najwiepierwej o tym, jak to nie jednego kamrata spotkaliśmy na swej drodze. Bareczek wytrzasnął kolegę z Madrytu na potrzebę atrakcji. I to nie raz, bo dwa. Za pierwszym, Alan (który nawet gdyby nie nazywał się Alan, byłby Alanem z ksywy, a zabawiał nas chłopczyk równo. Takich ludzi można spotkać tylko na couchsurfingu. Pozował pięknie do każdego zdjęcia, uwielbiłam go za to.), za drugim.. hm, jak on miał na imię? A! Diego, no włąśnie, ale chłopaki same się poszły bawić, nie wiadomo wiele o Diegu.

My tu Diegu Diegu, a hitu prawdziwego nie przywołałam. Ilona!!! Ave Ilona! Nie można się dziwić na powstanie kultu Ilony. Zawdzięczamy jej życie, bo gdyby nie ona, nie żylibyśmy już, na pewno. Ugościła nas pięknie w czeluściach Madrytu, wstała o 4.30 rano, nie każdy się na to odważa. Wesoła dziewczyna z niej, polecam. Z pochodzenia, przyjaciółka Ewy.

I tak zwiedzili: Park Retiro, Plazów moc (Mayor, Sol...), Palacio Real (o którego przyszło mi walczyć w klatce, na dziedziniec jednak nie zaszli, 7 euro, rozbój w biały dzień, od razu wiadomo z czego żyje król, a to ci skurczybyczek). Catedral de la Almudena, świątynia Debod, Gran Via.. możnaby wyliczać. Chyba standardowo.

Jak już nie wspomniałam, Madryt nie jest tak hiszpański, jak mógłby być. Trochę jest, ale po prostu, jest kolejną stolicą Europy.. .. nie da się tego ukryć. Ale też ganić za to nie chcę, na Madryt cieszę się wciąż i pamiętam po dziś dzień. Dobrze się zorganizowali chyba, każdy zachwycał się stacją REFNE, albo też metrem do samego Terminalu na lotnisku. Madryt, porządne miasto, turyści zadowoleni. Klimat czasem ma.

I wstąpili: na churros nieopodal Prado, każdy musi zjeść w Hiszpanii churros i każdy musi objąć palmę, no co ty, Łucio, nie wiesz? Na tapas, raz, Ilona znała klawe miejsce, najeść można się, wielkie świniaki podają.

Lecz przede wszystkim, najbardziej nam znane z Madrytu lotnisko. Największą atrakcją jego to to, że na terminalu 2 nie ma punto de encuentro i trzeba dobrych kilkunastu minut, żeby przemieścić się z terminalu na inny. Nie najtrudniej też przeskoczyć przez bramki w metrze, ale tylko wtedy, gdy bilet nie działa i gdy z drugiej strony asekuruje Bary.

Tyle o Madrycie, wspaniały był to czas. To może tak, Podziękowania wielkie w tym miejscu może dla Ilony, którą kocham po dziś dzień, a przy okazji Madrytu też, wspomnieć może raz można, pozdrowienia trochę dla pani Joanny Stachoń, która od pierwszego dnia naszej znajomości, gdy tylko nauczyła mnie słow "hola" i "yo soy" wiedziała, żem Madrileña.

Perkeeee?? PERKEE NOS DEJASTEEE??
Madryt od kuchni
Ale słodziaki
Jak działą granie na kieliszkach?
FLAMENCO!
Pierwsza ZARA
Ulice Madrytu
Palacio Real i lampa
Jak działa płaskorzeźba?
Juan Pablo II, znajoma twarz
Bareczek i Ilona odnaleźli wspólny język
Ogrody przed Palaciem
Fontanien moc, aż nie wiadomo co robić z nimi
Chyba tylko fotografować
Wielkie kolegi
Romantyczna esceneria
Nocne randki schadzki
Sol Sol Sol... (ballada o solu)
Dziwy parku Retiro
Piękność parku tegoż
Drzeweńka. Jak one działają?
Stolicowo, 2, 3.
Wystawa dziwów
Prohibido el paso - moje ulubione
Sergio Wandal Bastard P.
Notatki zawsze i wszędzie. Gdzie ich nie bylo?
Optujecie we flaszeczkę?

piątek, 5 marca 2010

Baeza, 23-27 lutego 2010


Niepojętym, ile człowiek musi się namęczyć, co by posta jednego wypocić. Dajta spokój, żyć tu się nie da. Głupio trochę użalać się nad sobą, nie wspomnę zatem, jak komputer nie działa mi od stu wieków, na klawiaturze nie mam "i", albo jak nie mogę (do wczoraj nie mogłam) przestawić klawiatury z niemieckiej na polską. I cały tydzień człowiek czekał na napisanie posta, nie ma gorszego nieszczęścia na świecie.

Baeza.. a! Bo tak się to miasto nazywa, w żargonie lingwistów znana jest pod krypotnimem "Oliwka". Znajduje się w Andaluzji, mała mieścina, 15 tys mieszkańców, czyli tyle, co Skoczów (miasto, gdzie jest tylko basen, a poza basenem nie ma nic). Razem z Ubedą, wpisane są w listę UNESCO (Baeza, nie Skoczów). A jeszcze zanim wytłumaczę Oliwkę, Baeza mieści się w prowincji Jaen, zwanej "Rajem na hiszpańskiej ziemi" (Paraiso interior de España). Region słynie właśnie z Oliwy, a produkują jej tam więcej niż w całych Włoszech. Na własne oczy widziałam, widziałam plantacje oliwek wszędzie|, wszystko tam jest plantacją, a oliwkę czuć na każdym kroku.

A zatem my (MY, każdy wie, kim są "My"), jako wielcy znawcy i degustatorzy oliwy z oliwek, tudzież oliwek, udaliśmy się na VIII MIĘDZYNARODOWĄ KONFERENCJĘ KUCHNI OLIWY Z OLIWEK VIRGEN EXTRA. owszem, zapytano nas, skąd taki wspaniały pomysł, aby zaprosić na taką imprezę 7 lingwistów, na co nasz mistrz dyplomacji - Juana, rzekła z klasą, jak "od kuuuumpla mamy wejściówki".

My: to Ewa, której (bez wielkich słów) serca bym odkroiła sobie własnym paznokciem, co by jej nieba uchylić, czy jak się tam mówi. Łucio, który dobrym był przeżyciem, Łucia nigdy nie za wiele, oraz Bary, zwany też każdym innym imieniem na B. oprócz Bartka, z którym zaprzyjaźnił się człowiek i przyjaciółmi jesteśmy po dziś dzień no i.. ja. I tak my, przetrwaliśmy Oliwkę, a warunki były każde. Po jahę, tarzanie się w błocie i oliwkach ze śmiechu, poprzez ospałość, zmęczenie i zamulenie po najgorsze słowa i próby przyjaźni.

A jechaliśmy trochę w ciemno. I ciężko się docierało do miejsca. Jedna przesiadka, druga, jeden przystanek drugi trzeci czwarty, każdy wie, że Jastrzębie Zdrój jest normalnym postojem w drodze do Madrytu. I martwiliśmy się też trochę, że nie mamy śpiworów. Ale.. opłacało się!! JAK BOGA KOCHAM, opłacało się, doprawdy nie wiem nigdy, skąd ja mam takie szczęście, ale wartałobyło uczyć się hiszpańskiego przez ostatnie 5 lat tylko po to, żeby spać w tym hotelu. Wpadli do niego, a tam patio. Renesansowe, bo takie ma tam każdy w swoim mieszkaniu. Pokój taki taki, marmury i kamień, umywalka dla zakochanych i szampan w lodówce (płatny, o czym przekonały się nasze portfele). Każdy kelner w tym hotelu i turndown przypominały mi New Park Manor (mmm... ).

Ale nie po to przyjechali, żeby w hotelu siedzieć, sora. Codziennie konferencja. O oliwie. Z oliwek. Wykład o drzewach oliwkowych i oliwce. Stopień kwasowości, dojrzałość, okres zbierania i pokazy gastronomiczne. Z dziesięciu Makłowiczów. Czasem niezgorsi byli, na przykład Sergio Bastard, zwany Prymakiem dla zmyły. Ależ on zagotował. Tylko chłopy gotowały (machismo?)

A potem atrakcja atrakcyj.... JEDZENIE!! Drugi raz nie popełniliśmy tego samego błędu i z umiarem zjedliśmy śniadanie hotelowe, bo już o 10.30 czekała na nas pausa y cafe, a tam: oliwa, pomidory, grzanki. Impreza stojąca, przemieszczać powinno się było i rozmawiać. Czasem włączyła się śmiałośc i przybywało odwagi żeby zapytać Kala, how are you, bo ludzi ciekawych moc. Ale o nich zara. Espektakulane było jeszcze Almuerzo, czyli obiad, gdzie było milion dań, ciężko było wyjaśnić ich pochodzenie, nawet Hiszpanom. Owoce morza w każdym daniu, nawet w deserze się zdarzyło, paella raz.. takie takie. I wino. Wino, aż upadłby wnet organizator sam, Martin.

A osób była wielość, narodowość każda, stereotyp zaostrzył się u każdego.

Japonka nigdy Cię nie zdradzi, bierz Japonkę, pókiś młody. Gotują też pięknie, pałeczkami robią każdą rzecz i uczynili obiekt niemożliwy: prostokątną tortillę. Atrakcją największą ich pokazu: Japoneczka, sprawdzająca temperaturę najwrzącej oliwy palcem. Zaprzyjaźniłam się z Japońcami, zaliczyłam też zawiadiacką przygodę z Nikonem, który sprzętem był na schwał. W nagrodę za rozmawianie z nimi otrzymaliśmy dwie zupki chińskie (japońskie może chyba) i ręcznie robione wykałaczki.

Amerykanie, zwani Kal i Kala (Kalowie), od Kalifornii. Cecha ich, dziwna bardzo i niespotykana to amerykańskość. Oni byli tacy amerykańscy, że każdemu pozostało coś z Ameryki od tamtej pory. To była ciężka próba, o mały włos nie wymsknęła nam się teoria o dwóch USA. Bo każdy wie, że są dwa USA. George Washington z piewrszego USA wygląda inaczej niż George Washington z drugiego USA.

Anglicy, loża szyderców. Dla nas urodzili się na wygranej pozycji, bo można ich było uwielbiać za akcent. Słysząc ich, miał człowiek wrażenie, że są inteligentni, w końcu na ILSie tylko inteligentni ludzie mówią z takim akcentem (Koń, Łucio itede). Po kilku minutach wiadomym zostało jednak, że są nie najbystrzejsi. Nie wspomnę może o tym, jak na swojej prezentacji zrobili fish and chips, dajta spokój.

I inni Niemcy, Czesi, Włosi, PowerRangers. Rafa (zwany Farą), nasz idol, tłumacz symultaniczny, sprawował się pięknie w swoim fachu, został też naszym kolegą, mowił nam cześć. Zawarliśmy znajomość dyplomatyczną, wymienili się z Juaną wizytówkami (wizytówką jego).

A po godzinach... różnie. Codziennie tapas, tapas y cañas, żyć nie umierać. Zawsze ci dadzą jedzenie do piwa, gratis. Wszędzie powinno być tapas zawsze, w każdym miejscu na ziemi. Ale wtedy Hiszpania nie byłaby Hiszpanią nigdy więcej. I rozmowy przy tapas, z Juaną i Joanną. Español con Joanna. Rozmowy nietrywialne, dyskryminacja kobiet, religia i macierzyństwo. Spacery po mieście i wycieczki z przewodnikiem, spacery nocne.

No właha, miasto. "¡Campo de Baeza, soñaré contigo cando no te vea!". Cieżko powedzieć, ale można, tak pięknie, jak nigdzie. Małe miasteczka hiszpańskie mają niepowarzalny urok. Hiszpanie potrafią zadbać o nie. A raczej potrafili w średniowieczu, renesansie itede. Na historii sztuki nie znam się (jeszcze, bo zamierzam być kiedyś znawcą z każdej dziedziny), ale renesans był tam, to właśnie patia, barok i katedra. Jeden budynek wpadł w pamięć każdemu, było kiedyś seminarium, ale przestało z powodu wyuzdanych rzeźb. Place są piękne i uliczki kamienne. Uniwersytet. Na ławce siedzi Antonio Machado, poeta z Baezy. A co najlepsze, wszystko jest tanie.

Raz jeszcze zabyliśmy w Zamku nieopodal, gdzie uraczyli nas Kolacją średniowieczną, a wkoło biegały błazny, ogniojadacze i dziewoje, a na podwórzu pojedynek rycerzy. na stole zaś tradycyjna kolacja hiszpańska, czyli orzeszki, chipsy, krewetki, pomidory, kalmary, kaszanka i inne drobne zakąski plus (oczywistem) oliwa z oliwek i piwo co po dla niektórych.

Pamiętam też Muzeum Oliwki, jakoby to było wczoraj, a było to tydzień temu. Fabryką oliwki było nigdyś muzeum, a ogóle to wygląda jak kościół. To tam, pozwoliliśmy sobie na sesję rozbieraną w gaju oliwnym.

Było tak pięknie.. TAK PIĘKNIE. Taki wyjazd nie zdarzył się jeszcze w moim życiu, a krótkie ono. Nawet pogoda, bo deszczowa, niczego nie zepsuła. Jak to mawia Łucio: "Zawsze chciałem mieć takich przyjaciół..", po czym tarza się na podłodze ze śmiechu i kpiny z nas. Zawsze był konsekwentny.

Po tych wszystkich wydarzeniach nikt nie spodziewał się, że Oliwka dobiegnie końca. A ostatni dzień nadszedł. Zaleca się uważanie na nas, wszak objawy uzależnienia od oliwy z oliwek mogą być ciężkie. Na pewno dali do oliwy narkotyk, żeby rozprzestrzenić uzależnienie na cały świat, a gdy raz już się padnie ofiarą, dalej uzależnienie może rozchodzić się drogą kropelkową.

Oliwkowa zagłada świata rozpocząta...

Zachęcająca pogoda w 1 dzień
Baeza nocą
Flag nigdy nie za wiele
Mondarina
Rozglądający się turyści
Łucio i Ewa, naprawdę mają mało zdjęć razem
Łucio i Ewa
Napisane krwią byka
Tubylcy
En la calle baezana
Nasz kumpel
Łucio z damami
Juana, Rafa, Joanna, Martin, czyli plejada gwiazd
Zamek z nami, my z zamkiem beze mnie
Tak wygląda Oliwka
Randki schadzki w gaju oliwnym
Sesji rozbieranej w gaju ciąg dalszy
Opowiedzieć Wam, jak nie lubię oliwek?
Takie tam dziwactwa w zupie
Bareczek się zajada
Winda zadowoliła nasze standarty
Pierwszy znawca oliwy.. i degustator
Prezenty też były
Degustacja
Wszystko na bazie oliwy z oliwek
Piękna Kasia, przyjaciółeczka koleżaneczka z Polski
Akwedukt, los manueles buenod te diran mucho de aqueductos
Baeza z rana jak śmietana
Pilni uczniowie
Trzba mieć stajla, ale można go łatwo zgubić
sesja potraw
Wieczorek zapoznawczy (po raz setny)